Pomysł, by spędzić weekend na rowerze mieliśmy już dawno. Żuławy wydawały się kuszące – jest płasko ;) Zrobiłam więc krótki rekonesans i zarezerwowaliśmy jeden nocleg. Wracaliśmy z Żuław z myślą, że to nie był nasz ostatni raz w tym regionie, który nas zachwycił. Trochę Wam o tym weekendzie opowiem, bo jeśli nie byliście na Żuławach to o rety, jedźcie tam!

Trasę rowerową opracowałam na podstawie bardzo pożytecznego (chociaż z kilkoma błędami) wpisu na blogu Polska Po Godzinach oraz informatora Pomorskie Travel. To nie jest w 100% trasa rowerowa dla rodzin. Zwłaszcza drugiego dnia nie obyło się bez jazdy drogą krajową (a o polskich kierowcach mam po tym doświadczeniu jeszcze gorsze zdanie). Natomiast niektóre odcinki są bardzo przyjazne i można sobie ten teren zwiedzać w ramach krótszych wypadów. Bo warto!

Żuławy na rowerze – dzień 1

Gdańsk-Trutnowy-Leszkowy-Kiezmark-Żuławki-Drewnica-Izbiska-Jantar-Stegna

Porannym pociągiem pojechaliśmy do Gdańska, a po obfitym śniadaniu ruszyliśmy na szlak. I tu zaskoczenie – dosłownie chwilę za Bastionem św. Gertrudy i Bastionem Żubr robi się przepięknie. Droga wzdłuż Motławy jest spokojna, chociaż cóż, te betonowe płyty nie są najwygodniejsze gdy jedzie się typowo miejskim rowerem. Ale nie żałuję!

I tu powoli zaczynały się krajobrazy typowe dla Żuław. Czyli jakie? Trzy żywioły: woda, ziemia, powietrze. Równiny, pola uprawne poprzecinane rzekami i kanałami, wielkie niebo i wiatraki – dziś elektrownie wiatrowe. Jechaliśmy spokojnie obserwując okolicę, a naszym pierwszym przystankiem była wieś Trutnowy. No więc można sobie spokojnie jechać na rowerze po Polsce i w niewielkiej wsi spotkać stojący sobie najspokojniej kościół z XIV wieku. A nieopodal – dom podcieniowy z XVIII wieku. Bo to właśnie na domu podcieniowe łasiliśmy się najbardziej. To typowe dla Żuław domy z charakterystycznymi podcieniami – wystawkami wspartymi na słupach. Są naprawdę piękne, a na trutnowskim zachowany jest napis z nazwiskiem budowniczego i datą.

Dom podcieniowy w Trutnowach

Tu też warto powiedzieć kilka słów o Mennonitach. To wyznawcy jednego z nurtów protestanckich, przybyli z Holandii na te ziemie od XVI wieku. Byli po protestancku pracowici, a z Holandii przywieźli między innymi umiejętność ujarzmienia wody, co na Żuławach okazało się nieocenione. Czytając o historii Żuław można spotkać się też z Olędrami – to określenie pierwotnie dotyczyło osadników z Niderlandów, potem jednak odnosiło się nie tylko do nich, ale też członków społeczności funkcjonujących na szczególnych prawach. Wioski olęderskie spotkać też można było w okolicach Warszawy – Olędrzy zamieszkiwali tereny nadrzeczne takie jak Kępa Zawadowska, a olęderską przeszłość ma Saska Kępa. Ale wróćmy na Żuławy! Bo pięknie. Zwłaszcza, gdy wjedzie się na odcinek trasy EuroVelo prowadzącej tuż obok obszaru Natura 2000 i zaraz nad Wisłą. Najpierw wieś Leszkowy (kościół z XV wieku) a potem wspaniała trasa rowerowa którą jedzie się i nie wiadomo, czy pedałować, czy patrzeć, a jeśli patrzeć, to w którą stronę? Wierzcie mi, jechałam uśmiechnięta.

EuroVelo 9

A na końcu trasy kolejna miejscowość, Kiezmark i kolejny kościół. Do 1945 roku był parafią protestancką, czego śladem są niemieckie nazwiska na nagrobkach przed budynkiem. Widzieliście „Różę” Smarzowskiego? Wtedy mi się przypomniała. Cmentarze na Żuławach bardzo dobitnie pokazują jak wielokulturowa była kiedyś Polska. A piękno zabytków to dobitny dowód na to, że ta ziemia sporo zyskała na gościnności.

Wracamy na trasę i znów zachwyty – most nad Wisłą. Czy wszystkie trasy rowerowe na mostach mogłyby tak wyglądać? Trochę co prawda pomieszaliśmy przy zjeździe, ale nie żałuję żadnego kilometra tej wyprawy. Bo oto po lewej rzeczka Szkarpawa, a we wsi Żuławki dom, przy którym z wrażenia się zatrzymaliśmy. Z resztą, ta miejscowość każe pedałować bardzo powoli i bardzo się rozglądać. I uwaga na cmentarz – łatwo ominąć, a gotycka kapliczka ewangelicka warta jest uwagi.

Co dalej? Most nad Szkarpawą i odbicie do wsi Drewnica. Naszym celem był wiatrak typu koźlak, jedyny zachowany wiatrak tego typu na Żuławach. Zbudowany w 1718 roku służył do przemiału mąki. Dziś jest w dość smutnym stanie, ale warto go zobaczyć.

Koźlak w Drewnicy i zadowolona rowerzystka

Ważne – po drodze do wiatraka mija się spożywczak, w którym sprzedają gigantyczne rogale z makiem. To całkiem niezły prowiant! A trzeba było się nam odżywić, bo droga jeszcze długa. Przez wieś Przemysław i Izbiska pedałowaliśmy przez pola (bywało lepiej) i wioski (proszę, zamykajcie bramy jeśli psy są luzem), a droga była już prosta i prowadziła w kierunku Jantaru. Płasko, zielono i powoli kończyły mi się siły, ale cóż, wiedziałam, że nocleg czeka. Z Jantaru dojechaliśmy do Stegny i po krótkim relaksie w pozycji horyzontalnej poszliśmy na plażę. Stegna jest dość rozległą miejscowością, więc po długim spacerze znaleźliśmy się nad wodą. Niewiele lokali otwartych jest pod koniec września, ale na szczęście można było zjeść półmetrową zapiekankę. Człowiek jak sobie popedałuje, a potem poje, to jest naprawdę zadowolony!

Cała trasa tego dnia miała 60 km. Częściowo po asfalcie, trochę po dość niefajnych płytach i były też momenty mniej przyjemne (wioski-psy). Ale piękno tych terenów i przepiękne zabytki były warte tego. Serio.

Żuławy na rowerze – dzień 2.

Stegna-Rybina-Tujsk-Żelichowo-Nowy Dwór Gdański-Marynowy-Malbork

Śniadanie, gofry i kawa przy plaży, a potem zadowoleni ruszyliśmy w drogę. Ale uwaga, nie warto zbyt szybko opuszczać Stegny. Wiem, że nie wszyscy kochają zwiedzać kościoły, ale szachulcowy kościół z XVII wieku (oczywiście protestancki do wiadomo kiedy) warto zobaczyć na przykład ze względu na największy obraz w Polsce, jaki się w nim znajduje. 450m2 malowidła na płótnie przymocowanym do sklepienia to nie byle co. Warto spojrzeć też na przepiękne organy (odbywa się tu Międzynarodowy Festiwal Organowy) oraz na ambonę z 1666 roku. Same zabytki i to nie byle jakie. Serio, to robi wrażenie.

Kościół w Stegnie

No a potem droga jest prosta. Ma pewne wady, bo jest to droga krajowa i może być tłoczno. Ale jechaliśmy spokojnie, pogoda była piękna. Przez Popowo (polecam zatrzymywać się przy tablicach z informacjami o historii wsi i zabytkach, mnóstwo ciekawostek!) dojechaliśmy do Rybiny gdzie było ekstra, bo w Rybinie są trzy mosty zwodzone. I spokojnie do wsi Tujsk (pozdro dla motocyklistów!), w którym warto obejrzeć budynek dawnego domu handlowego Wichmann (oszalejecie), a potem kolejny zabytkowy most. Tu znowu zaczyna się odcinek na EuroVelo, czyli droga rowerowa zapierająca dech w piersiach. Niby nuda – łąki, pola, krowy, rzeka Tuga. Ale to taka nuda, na którą można patrzeć godzinami. No więc ta droga rowerowa nad Tugą to coś absolutnie przepięknego. A potem jest jeszcze lepiej, bo pojawia się przystań kajakowa w Żelichowie. Elegancko, czyściutko, przypinamy rowery. Co jest obok? Trzy warte uwagi miejsca. Najpierw kościół grekokatolicki pw. św. Mikołaja. To chyba najładniejszy kościół jaki widziałam. Skąd na Żuławach grekokatolicy? Z Akcji „Wisła” w 1947 roku. Parafia jest niewielka, ale wciąż istnieje.

Kościół grekokatolicki w Żelichowie

Tuż za kościołem widać zabytkowy dom podcieniowy, w którym działa dziś gospoda Mały Holender. Jak tam jest? Pięknie, klimatycznie i chyba smacznie – chyba, bo piliśmy tylko żuławską kawę z bursztynem. Do domu przyjechał z nami kawałek sera Stary Szeneker i słoiczek powideł olenderskich z buraków. Spędzilibyśmy w tym urokliwym miejscu więcej czasu, ale czas było jechać. Zanim jednak odpięliśmy rowery, obejrzeliśmy trzeci punkt programu, a mianowicie Cmentarz Jedenastu Wsi. To malutki cmentarz protestancki, na którym swoich zmarłych chowali mennonici z okolicznych wsi. Dziś jest oddziałem nowodworskiego muzeum (o nim poźniej). Warty uwagi i chwili zadumy. Bo za chwilę na trasie kolejny cmentarz, mennonicki, ledwo co zachowany i w sumie to nie umiem go teraz nawet znaleźć na mapie google.

Żuławski Park Historyczny

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Żuławach, Olędrach i Mennonitach, koniecznie odwiedźcie muzeum Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim. Zwiedzanie zacznijcie od obejrzenia filmu (świetnego!), a potem można już czytać i oglądać. Dużo wiedzy, dużo eksponatów, bardzo ciekawe i od serca.

No a potem obiad. Obowiązkowym punktem naszych rowerowych wypraw jest pizza, więc zawsze tego szukam na mapie google. Tak wylądowaliśmy w lokalu o nazwie Joker (kto zna Jokera z Ursynowa, ten jest ostrożny). Joker nakarmił nas przyzwoitą pizzą, co dało nam zastrzyk energii przed drogą w stronę Malborka. No i tu zaczęła się droga trochę fajna (krajobrazy) i trochę niefajna (polscy kierowcy), a więc radosne pedałowanie drogą krajową nr 55. I chociaż jazda na rowerze po krajówce nie jest super rozrywką, to przejeżdżanie przez wsie na Żuławach jest świetne. To jest zupełnie inny klimat niż wieś mazowiecka. Charakter, architektura – jest na co patrzeć. A czasem warto się zatrzymać, co zrobiliśmy we wsi Marynowy. Co można tam zobaczyć? Kościół z XIV wieku i obłędny dom podcieniowy Johanna Jacoba Ziemera wybudowany w 1803 roku. I uwaga: można w nim spać, właściciele wynajmują pokoje.

Marynowy

I to ostatni tak atrakcyjny punkt naszej wycieczki. Potem już tylko trasa krajowa 55 i uff, ktoś wpadł na pomysł wybudowania ścieżki rowerowej wzdłuż drogi (ale dopiero od Gajewa). Z daleka widać zamek w Malborku (serio!), na łąkach kładą się mgły. W Malborku wsiedliśmy do IC, na szczęście był Wars, a potem sobie przypomnieliśmy, że z dworca też trzeba przyjechać do domu na rowerze.

Było ekstra! Drugi dzień był krótszy, bo tylko 50 km, więc obyło się bez większych kryzysów z mojej strony. A droga przez most w stronę zamku krzyżackiego jest taaaka piękna!

Rowerowe Żuławy

Krótko podsumowując: Żuławy są obłędne. Warto je poznać, bo ten region to perełka. Nie wszędzie są wygodne drogi rowerowe, ale warto zainteresować się szlakiem EuroVelo, ja widzę w nim już potencjał na kilka wycieczek po Polsce. Niezłą propozycją jest też Pętla Żuławska, czyli szlak wodny. To też kuszące! My na pewno chcemy wrócić na Żuławy i odkryć okolice Elbląga. Mam pewne podejrzenia, że ten region jest piękny o każdej porze roku.

Na koniec jedna refleksja:

Polscy kierowcy są przeważnie dość okropni i chciałabym zasugerować każdemu, kto dla zaoszczędzenia 5 sekund wyprzedzał nas na łuku lub na ciągłej, aby sobie te 5 sekund wsadził w tyłek.

Nie chcąc jednak kończyć niemiłym akcentem – mam nadzieję, że Was zainspirowałam i zachęciłam. Nawet jeśli nie do wypraw rowerowych, to do odwiedzenia Małego Holendra, muzeum w Nowym Dworze i zachwycenia się żuławskimi zabytkami.

Dzięki za lekturę!

Ola