Byłam nastolatką, trwało spotkanie grupy młodzieżowej do której należałam. Koniec czerwca, bardzo gorąco. Pod koniec zebrania jeden z kolegów zgłosił, że ma pewną prośbę. Otóż zależałoby mu na tym, by koleżanki na następne spotkanie zakładały mniej kuse sukienki i mniejsze dekolty. On wie, że jest gorąco, ale trudno mu się skoncentrować i chyba go koledzy w tym poprą. Było trochę chichotu, trochę oburzenia ze strony dziewczyn, a obecna dorosła osoba ograniczyła się do zaśmiania się.

Wtedy jeszcze nie zrozumiałam, co właściwie się stało.

Kontrola

Dziś dobrze wiem, że nie jestem odpowiedzialna za to, czy ktoś jest w stanie się kontrolować, czy nie. To, co ktoś myśli lub czuje, świadczy o tej właśnie osobie. Jeśli dla kogoś moje stopy są podniecające i rozmawiając ze mną nie może się skupić, bo jestem w sandałach – czy powinnam założyć adidasy? Nie. To jest sprawa drugiej strony, nie moja.

Niedawno przeglądałam Instagram i mignęło mi zdjęcie dziewczyny w sukience z dużym dekoltem. To było jakieś wesele, a dziewczyna pokazywała naprawdę sporo ciała. Co pomyślałam? Najpierw pierwsza, odruchowa myśl: „to niestosowne”. Trochę się skrzywiłam.

A potem zatrzymałam się na tej myśli i zaczęłam analizować to, co właśnie się wydarzyło. Dlaczego tak pomyślałam? Dlaczego oceniłam czyjś strój? Dlaczego oceniłam negatywnie to, ile ktoś odsłania ciała? Ona była wciąż ubrana, po prostu miała duży, krągły biust. To nie jest jej wina, nie musi go zasłaniać tylko dlatego, że jest taki, a nie inny. Gdyby odsłoniła tyle ciała mając mniejsze piersi, moja pierwsza reakcja byłaby inna. To okropne.

Pomyślałam, że moja reakcja mówi najwięcej o mnie samej. Może pozazdrościłam jej sylwetki i kształtnych piersi? Może sama chciałabym takie mieć? Może przelałam na nią złość na własne kompleksy? Ona ich nie ma, a ja tak – to niesprawiedliwe. Rozumiecie, o co mi chodzi? Refleksja nad tym, dlaczego tak oceniłam tę dziewczynę zaprowadziła mnie ku niewygodnemu, ale prawdziwemu stwierdzeniu – to nie jej wina, że ja mam problem ze swoim ciałem. I to nie była moja wina, że nastoletni kolega nie mógł się skupić, bo miałam krótką sukienkę.

Co więcej to, co zrobiłam, to był slut-shaming. Ja, feministka. Ja – uświadomiona. Ja – matka córki. Ja – ofiara slut-shamingu.

Slut-shaming

Zastanawiacie się być może, czym jest ten slut-shaming. To stosunkowo nowe pojęcie określające bardzo stare zjawisko. Slut-shaming ma różne formy, ale w wielkim skrócie to karanie (w różny sposób) kobiety za to, że jej zachowanie związane z cielesnością lub seksualnością wykracza poza tzw. normę. Może to być publiczne zawstydzenie uczennicy, która założyła latem krótką sukienkę, może to być krytykowanie częstych kontaktów seksualnych, może to być sugerowanie, że zgwałcona kobieta miała na sobie koronkową bieliznę, może to być żart, że ładna studentka nie musi się wysilać, by zdać egzamin. Może to być też stwierdzenie, że przy takim biuście za duży dekolt jest niestosowny.

O slut-shamingu jako zjawisku jest teraz głośniej, przy okazji wydania książki „Dziwki, zdziry, szmaty” autorstwa Pauliny Klepacz, Aleksandry Nowak i Kamili Raczyńskiej-Chomyn. Książki, którą czytałam z myślą „dajcie to mężczyznom!”. Jednak teraz mam refleksję, że każda osoba powinna ją przeczytać. To nie jest nudna, akademicka lektura. To przede wszystkim zbiór rozmów na temat seksualności i slut-shamingu, z bardzo różnych perspektyw. Towarzyszą im teksty autorek poruszające różne aspekty slut-shamingu, historyczne i społeczne.

Kultura

Ja sama, jak widać, nie uniknęłam pułapki slut-shamingu. Nic w tym dziwnego – jesteśmy wychowani w takiej kulturze. Posłużę się najprostszym przykładem – mężczyzna, który ma wiele kochanek jest atrakcyjnym ogierem, no taki już jest z niego samiec. A kobieta, która ma wielu kochanków? Jest, delikatnie mówiąc, nieco podejrzana. No, co tu kryć: puszczalska. Zdzira.

Mamy ten układ wkładany do głowy. Dziewiczą Zosię w białej sukieneczce i Tadeusza, który pewnie swoje widział i robił. Nasze wychowanie, nasza kultura prowadzą do tego, że bezrefleksyjnie możemy stać się sprawcami i sprawczyniami slut-shamingu. Zjawiska krzywdzącego i szkodliwego.

Nie było mi łatwo ze świadomością, że moja reakcja była slut-shamingowa. Ale przeanalizowane tego sporo mi dało. To krok do przodu i życzę Wam takich właśnie refleksji. Oraz bardzo polecam książkę „Dziwki, zdziry, szmaty. Opowieści o slut-shamingu”. Nie jest to lekka, przyjemna lektura. Daje po głowie, daje do myślenia, otwiera oczy. Jest cholernie ważna i dobra.

Aha – moja dziesięcioletnia córka zauważyła tę książkę na półce. To był pretekst do rozmowy o tym, że jeśli ktoś ją przezywa lub obraża, to nie mówi o niej. Ona jest OK, a ktoś widocznie tego nie dostrzega. I to jego problem, a nie jej.

Dziękuję za lekturę,

Ola