Zapewne znasz tę radę: „słabo zarabiają? niech zmienią zawód!”. Świetna rada. Wyobraź sobie Polskę, w której wszystkie słabo zarabiające pielęgniarki biorą sobie tę radę do serca i otwierają nowy rozdział życia. Niech to się stanie dziś, jutro. Wszystkie słabo zarabiające pielęgniarki znikają. Jak im doradzono.

A teraz zastanów się – to wina ludzi, którzy słabo zarabiają, że tak jest, czy systemu który powoduje, że dorośli ludzie nie są w stanie utrzymać się ze swojej pracy?

2200 zł

Moja pierwsza praca na etat, kilka lat temu. Spora, uznana instytucja. Podróże służbowe po Europie, duża odpowiedzialność, unikalna wiedza wymagana na stanowisko. Odchodziłam z tej pracy jako samodzielna specjalistka, znająca tajniki metodyki PRINCE 2, z wieloma zrealizowanymi projektami na koncie. Najwyższa pensja jaką miałam w tej pracy? 2200 zł. Dwa tysiące dwieście złotych. Za prywatny żłobek (jedyny jaki działał w naszej miejscowości) płaciliśmy wtedy ponad 1000 zł miesięcznie.

To, że mało zarabiałam, to wina mojej nieudolności, czy systemu? Może za mało się starałam? Nie, po prostu pracowałam w budżetówce.

Idealna szkoła

Gdy rozmawia się o szkole, o polskiej szkole, częstym zarzutem jest brak elastyczności, pochylenia się nad indywidualnymi potrzebami uczniów. Rozumiemy przecież, że to ważne, by nauczyciel dostrzegał, że dzieciaki są różne. Ich wyniki szkolne wiążą się nie tylko z tym, ile pracy włożyły we wkuwanie tabliczki mnożenia, ale też z tym, jakie mają mocne strony. Oraz często z tym, jakie mają warunki w domu. Może ktoś ma malutkie rodzeństwo, z kolką, i na lekcji o 8 rano zasypia zamiast słuchać nauczycielki? A może ktoś przeżywa rozwód rodziców? Może jakieś dziecko ma problemy z koncentracją i wręcz boli go siedzenie na twardym krześle? Jedno dziecko ma rodziców, którzy opłacają zajęcia dodatkowe, a innych na to nie stać. Szkoła powinna działać tak, by dostrzegać indywidualne sytuacje – prawda? Oczekujemy wręcz od systemu szkolnictwa, że się zmieni na sprawiedliwszy. W sumie… czy nas oburza ten dodatkowy czas na egzaminie dla dyslektyków? Czy mówimy, że to niesprawiedliwe?

Gdy chodzi o dzieci, świetnie to rozumiemy. Ale gdy chodzi o dorosłych, zaczyna się komentowanie: słabo sobie radzisz? Za mało się starasz!

Kogo wspierasz?

Kilka dni temu widziałam w sieci ogłoszenie zachęcające do przekazywania dzieciakom niepotrzebnych komputerów, by miały sprzęt do nauki zdalnej. Rozpętało się pod nim małe piekiełko. Komentujący mieli jeden argument: rodzice mają 500+, niech sami kupują dzieciom sprzęt zamiast robić tipsy i kupować alkohol. Mają 500 plus z naszych podatków, grzmiano. Źle je wydają! Chcemy wiedzieć na co wydają te pieniądze! One nie są na rachunki, one są na dzieci! Pięćsetplusy patologiczne!

Czytałam to z rosnącym smutkiem. Zwłaszcza, gdy wśród komentujących w ten sposób widziałam osoby z czerwoną błyskawicą na zdjęciu. Pomyślałam wtedy, że w piekle kobiet są właśnie takie, osądzające inne kobiety.

Wiem, że przemawia przeze mnie naiwność. Ludzie tego nie zrozumieją i zawsze będą mówić o pięćsetplusach. Te komentarze były, są i będą. Bez zastanowienia się, czy nie mówią tak o ciężko pracującej samotnej matce albo rodzinie w której nagle pojawiła się ciężka choroba. 500 złotych to nie jest majątek, ale to pieniądze które w wielu domach pozwalają opłacić czynsz na czas. Albo kupić dzieciakom trochę lepsze buty. Wiecie przecież, ile kosztuje wyjście do kina w niedzielę całą rodziną. Z popcornem. Grubo ponad 100 zł. Jeśli kogoś stać na to, by te 500 plus odkładać co miesiąc, by kupić dzieciakom sprzęt komputerowy, to znaczy, że ma zabezpieczone inne potrzeby. Czy to tak trudno zrozumieć? Żeby kupić własne mieszkanie trzeba mieć w tym kraju minimum 50 000 zł wkładu własnego.

Zanim dziewczyno z czerwoną błyskawicą w profilowym powiesz, że wspierasz kobiety, zastanów się. Być może wspierasz tylko swoje koleżanki. A jeśli sama zatrudniasz na śmieciówkach albo uważasz związki zawodowe w swojej firmie za grupę krzykaczy, to dwa razy się zastanów. Może jesteś otwarta i tolerancyjna ale tylko wtedy, gdy ktoś spełnia twoje standardy?

Często nie dostrzegamy swojego uprzywilejowania. Tych mieszkań po babciach, rodziców którzy kiedyś zapewnili nam spokojną naukę i prywatne lekcje angielskiego, zdrowia. To, że doszłaś do wszystkiego ciężką pracą to nie jest jedynie twoja zasługa. Ale też warunków, które miałaś, które na tę pracę pozwoliły, miejsca urodzenia, ludzi których spotkałaś po drodze.

Nie stać ich na dzieci? Niech nie rodzą

Żyjemy w schizofrenicznym kraju. W kraju, gdzie można usłyszeć, że jak cię nie stać na dziecko, to go nie miej. Ale jak zajdziesz w ciążę i chcesz ją przerwać, bo nie masz warunków mieszkaniowych na kolejne dziecko, to mówią, że ci się w dupie przewraca. Pamiętam dobrze komentarze po aborcyjnym coming oucie Natalii Przybysz.

To, czego oczekuję od ludzi, to dostrzeżenia tego większego obrazka. Za każdą napotkaną osobą stoi jakaś historia. Zawsze pamiętaj, że jeśli ktoś zamiata twoje podwórko, to nie jest dowód na to, że przegrał w wyścigu o karierę. To ktoś, kto wykonuje taką pracę, że gdyby zniknął, to byś zauważyła. (Być może nie zauważyłabyś zniknięcia prezesa wielkiej spółki skarbu państwa.) I za tę pracę powinien być godnie wynagrodzony. To właśnie powinno być naszą obywatelską troską. Nie jak ludzie wydają swoje 500 plus. Ale to, czy za swoją uczciwą pracę są w stanie się utrzymać.

Niedawno poznałam pojęcie radykalnej empatii, stosowane głównie w kontekście wsparcia osób przerywających ciążę. Radykalna empatia znaczy nie oceniaj, nie zakładaj, że wiesz co jest dla kogoś dobre, wspieraj, empatyzuj. To świetna zasada, do stosowania przez całe życie.