Niedawno policzyłam. Przeprowadzałam się 8 razy, w tym 3 razy z dziećmi. To…sporo. Każda przeprowadzka oznaczała wyrzucenie różnych, jak się okazało bezsensownie trzymanych w domu rzeczy. I przy każdym rozpakowywaniu zdarzało się, że siedziałam nad czymś i zastanawiałam się, czy naprawdę warte jest wysiłku włożonego w przeniesienie z miejsca na miejsce. Nie kupuję bibelotów, mam dwa rondle, dwa garnki i nie potrzebuję więcej. Trochę marzę o patelni do naleśników, ale…. na zwykłej też się smażą. Czy jestem więc mistrzynią minimalizmu? W życiu. Moja szuflada z dokumentami mówi coś innego. I pawlacz. Półka nad stołem przy którym teraz siedzę też może tylko zakpić. Magia sprzątania, powinnam tego spróbować. 

 

KonMari

 

Spotkałam się kiedyś na winie z koleżanką, która z wielkim entuzjazmem opowiadała mi o metodzie KonMari i wielkich zmianach jakie wprowadziła po przeczytaniu „Magii sprzątania”. Była tak pełna przekonania i mówiła z takim błyskiem w oku, że naprawdę zaczęłam myśleć o tej książce. Ale ograniczyłam się do przeczytania kilku recenzji i obejrzeniu w sieci filmików o składaniu ubrań. Uznałam, że to trochę głupie, dziękować majtkom. Ale zaczęłam w swoich szufladach układać wszystko pionowo i już nie wyobrażam sobie inaczej. To niesamowicie wygodne, estetyczne i bardzo, bardzo praktyczne. Przyznam się też do czegoś: ja to lubię. Mam prawdziwą przyjemność ze składania bluzek i bielizny. Moje skarpetki leżą równo zwinięte, a ja otwieram szufladę z bielizną i robi mi się miło. Być może zwariowałam. 

 

Magia sprzątania

 

Marie Kondo ma talent, którego mi brakuje i to dlatego ona jest autorką bestsellera, a nie ja. Umie jedną myśl powielić tyle razy, że wychodzi z tego książka. Myśl jest taka: twoje życie będzie przyjemniejsze, jeśli otoczysz się tylko rzeczami, z których korzystasz z przyjemnością. Pamiętam jak kiedyś, oglądając „Seks w wielkim mieście” (tak, czytający tego bloga znają tę moją słabość) zaobserwowałam, że Carrie kładzie się do łóżka w jedwabnej koszulce. I pomyślałam „hmm, a dlaczego moja jedwabna koszulka marnuje się w szufladzie i wykorzystuję ją tylko na wyjątkowe okazje?”. Wyjątkowe okazje czyli romantyczne wieczory. Do licha, przecież miło jest założyć jedwabną koszulkę do snu nawet wtedy, kiedy nie planuje się żadnych uniesień. Tak po prostu, dla siebie. No więc od tego czasu zrobiłam przegląd szuflady z bielizną i pozbyłam się kilku piżam i koszulek nocnych które były już znoszone i zakładałam je z myślą „no, ujdzie”. Zostawiłam tylko to, co lubię, tak naprawdę. A porcelanowa filiżanka? Kocham porcelanę i dlaczego miałabym używać jej tylko od święta? Rzeczy są po to, by ich używać. A picie z porcelany to naprawdę coś innego. 

Marie Kondo odróżnia sprzątanie od czyszczenia. Powiedzmy, że tak jak dieta to nasz codzienny sposób odżywiania, to czyszczenie to wszystkie czynności takie jak zmywanie, odkurzanie, mycie okien. Odchudzamy się raz, a dobrze i tak samo powinno się posprzątać. Raz i już, wystarczy. I książka jest o takim jednorazowym sprzątaniu, a nie o technikach pucowania fug czy najlepszych sposobach na domycie flamastrów ze ściany. 

Sprzątanie według KonMari polega na tym, że działając kategoriami, a nie lokalizacjami, segregujemy nasze rzeczy, a potem dokładnie określamy ich miejsce w domu, by po użyciu zawsze na nie wróciły. No ale po co segregujemy? Te, które sprawiają nam przyjemność zostają. Reszta znika z naszego życia. Brutalne. Na przykład obieraczka do jarzyn. Na widok mojej obieraczki robi mi się miło, bo myślę o marchewkach. Zostaje. Korkociąg też zostaje. Wiadomo. Ale wyciskarka do cytrusów z której nie korzystam, a która po prostu zajmuje miejsce powinna zniknąć. Patrzę na nią i czuję wyrzuty sumienia, że z niej nie korzystam, a powinnam. Do widzenia. I tak dalej, i tak dalej. Marie Kondo radzi zacząć od ubrań, bo to najłatwiejsze…

 

Gdzie ta magia?

 

To trochę zwariowana książka, ale nie ukrywam, moim zdaniem metoda jest niegłupia. Powiedzmy sobie szczerze: w każdym domu jest taka szuflada, do której wrzuca się różne rzeczy, które nie wiadomo, gdzie upchnąć. I idąc za radami KonMari można taką szufladę zlikwidować. Zrobić porządek w dokumentach (właśnie się zastanawiam, czy kiedykolwiek do czegokolwiek przydadzą mi się moje świadectwa z liceum i czy na pewno muszę je trzymać), opanować chaos w szafach. 

Nie dostałam co prawda motywacyjnego kopa i nie robię natychmiastowej rewolucji, ale powoli zacznę różne rzeczy w naszym domu ogarniać. Wiem, że to wbrew metodzie, ale spróbuję, może też się uda. Na pewno jeśli chodzi o porządki w ubraniach o wiele lepiej zmotywowała mnie i pokazała jak przez to przebrnąć książka Joanny Glogazy Slow fashion. W tym temacie jest po prostu lepsza. 

Czy polecam Wam książkę KonMari? Czyta się błyskawicznie i może podsunąć kilka ciekawych refleksji na temat posiadania. Mamy więcej rzeczy niż potrzebujemy. I każda metoda skutkująca tym, że będziemy kupować mniej, a rozsądniej, jest moim zdaniem warta uwagi. Ten rok jest pierwszym od kilkunastu, kiedy nie noszę w torebce kalendarza. Nie kupiłam uznając, że nie muszę. Mam kalendarz w telefonie i mam kalendarz w pracy. Chociaż wcześniej uważałam, że bez kalendarza zginę okazało się, że żyje mi się normalnie. Moje życie nie zmieniło się na gorsze również po tym, jak wyrzuciłam sporo notatek z pierwszych studiów. /zostawiłam tylko to, co wydało mi się najważniejsze (i rzeczywiście z tego korzystam). Resztę, a były tego 2 wory, wyrzuciłam. Było mi głupio na myśl, że te papiery pakowałam, woziłam i rozpakowywałam bez sensu tyle razy. 

No więc tak. Przeczytajcie. 

Albo i nie. Ale Koralowa Mama poleca.