Na blogu i fanpage cisza, nie ma mnie w zasadzie. A wszystko dlatego, że zmienialiśmy wynajmowane mieszkanie i jeszcze nie odkopałam się z paczek, worków i pudeł. Nie mamy też jeszcze stołu i wystarczającej liczby regałów na książki. Ale nasze mieszkanie powoli zaczyna wyglądać jak siedziba ludzka i mam nadzieję, że przynajmniej jakiś czas tu pomieszkamy, żebym zapomniała o tym, jak nie lubię pakowania. Teraz wyobraźcie sobie mnie, delikatną kobietę, jak między noszeniem paczek wskakuję w sukienkę, biegnę w upale na uczelnię, piszę egzamin i wracam do przeprowadzki…

Dzieci zyskały osobne pokoje. I wiecie co robią? Siedzą w jednym. Panience jest bardzo trudno teraz zasypiać bez brata w pokoju, chociaż tyle razy kłócili się o gaszenie światła. Podejrzewam, że wspólny pokój to jedna z przyczyn ich cudownej, bliskiej relacji. I teraz, chociaż myślałam, że zajmą się urządzaniem swoich własnych przestrzeni, spędzają czas razem. Myślę, że to jest też ich sposób na oswojenie nowej sytuacji, nieznanej przestrzeni. Mają siebie.

Wyprowadzając się z dotychczasowego mieszkania pożegnałam blok, w którym mieszkałam, z przerwami, od drugiego roku życia. Już tam nie wrócę, byłam ostatnia z rodziny. Mieszkanie, które było moim domem rodzinnym, już nie istnieje. Szafa, na której ściance Tata zaznaczał kreskami jak urośliśmy z bratem, została rozebrana.

Jeszcze kilka lat temu miałam kłopot ze zdefiniowaniem, czym jest mój dom. Co to jest za miejsce. Teraz już wiem, siedząc wśród kartonów z książkami, z nierozpakowanymi kurtkami i wiedząc, że rano znowu będę szukać kredki do oczu i pantofli. Dom jest tam, gdzie jest mój mąż i gdzie są moje dzieci. A ja czuję się bezpiecznie.

Wiem, że to banalne, ale bardzo długo byłam przywiązana do konkretnego miejsca. I od niedawna dom przestał być dla mnie pojęciem materialnym, a stał się pojęciem duchowym.