Przyznaję, uczciwie. Nie przepadam za chodzeniem na place zabaw. Oczywiście, chodzę, bo moje dzieci (no, właściwie to już tylko jedno dziecko) to lubią. Ale czuję się tam nieswojo. Zawsze, za każdym razem moje ucho wyłapie coś, czego słyszeć bym nie chciała. Moje oko dostrzeże gest, który mnie zirytuje. No cóż, problem z placami zabaw polega na tym, że są tam rodzice.

Albo inaczej, polegał. 

Niedawno widziałam na placu zabaw mamę, chyba trójki dzieci, która w cudowny, spokojny sposób wyciszyła sytuację, która normalnie mogłaby się skończyć histerią dwulatka. Otóż malec zdjął buty i chciał biegać na bosaka. Niby nic zdrożnego, ale mama zwróciła mu uwagę, że jest świeżo po chorobie. A on tak bardzo chciał chodzić bez butów. Powiedziała „wiem, że chciałbyś być bez butów, ale jesteś po chorobie. Więc możesz albo posiedzieć tu na ławeczce bez butów, albo jednak założyć buciki i pobiegać. Co wolisz? Posiedzieć ze mną bez bucików czy biegać w bucikach?”. Chłopiec po prostu powiedział „biegać” i założył buty. Serio. Siedziałam obok. Pamiętacie, jak pisałam o tym, że to nie dzieci są grzeczne, tylko metody dobre?

W każdym razie mi się zrobiło bardzo fajnie, że wreszcie na placu zabaw spotkałam mamę, która nie mówi do dziecka „ale jesteś niegrzeczny!”, nie straszy i tak dalej. A potem pomyślałam drugi raz: ty głupia kobieto!

Co to jest w ogóle za pomysł, żeby wyrabiać sobie opinię o osobie na podstawie kilkuminutowej sceny? Na podstawie zdania? Jak ja w ogóle mogłam pozwolić sobie na to, by pomyśleć o mamie, która mówi „musimy już iść i nie ma dyskusji!” że mogłaby to lepiej rozegrać, bardziej w duchu Rodzicielstwa Bliskości… Przecież są w życiu sytuacje, kiedy nie ma dyskusji. Przeciekająca podpaska na przykład.

Sto tysięcy razy zachowałam się jako rodzic beznadziejnie. Niestety, mam wygadane dzieci i zdarzyło się już, że Starszak spojrzał na mnie z dezaprobatą i powiedział (to było bardzo wymowne) „Koralowa Mama…”. Inteligentne dzieci to czasami trudna sprawa.

Sto tysięcy razy powiedziałam coś, czego żałowałam. I gdyby ktoś mnie wtedy słuchał, mógłby pomyśleć „ale beznadziejna matka”. Czy mam coś na swoje usprawiedliwienie? Owszem. Jestem człowiekiem. Bywam zmęczona. Bywam smutna. Bywam w złej formie.

Zarówno Starszak jak i Panienka wiedzą, co to jest miesiączka. Oczywiście każde na swoim poziomie. I wiedzą, że gdy miesiączkuję, szczególnie w pierwsze dni, potrzebuję więcej odpoczynku. Wiedzą, że bywam wtedy słabsza. Starszak jest naprawdę wspaniały, okrywa mnie kocem gdy się położę, przynosi herbatę. Dzieci rozumieją, że mama nie jest cyborgiem, tylko człowiekiem.

I to jest chyba właśnie to. Jestem jako matka człowiekiem. Czasem tryskam energią, entuzjazmem, jedną ręką zmywam, drugą piekę ciasto, a w przerwach rozgrywam partię warcabów. Czasem można ze mną robić konkursy w strzelania nerfem (pozdrawiam tych, co to znają), godzinami grać w memo lub opowiadać głupie dowcipy. A czasem nie mam siły. Czasem jestem smutna. Czasem mam mnóstwo pracy, nauki.

I to wszystko jest normalne.

Dlatego staram się bardzo nie oceniać rodziców. Ja ich naprawdę nie znam. Ktoś może mieć lepszy lub słabszy dzień. Po prostu. Dziecko jest absurdalnie ciepło ubrane? Nie znamy go, może jest świeżo po chorobie? Rodzic jest nadopiekuńczy na placu zabaw? Nie znamy jego historii, nie znamy tej rodziny.

Spotkałam dziś na placu zabaw mamę, która karmiła piersią dziecko. Uśmiechnęłam się do niej. Nic o niej nie wiem. Po prostu się uśmiechnęłam, a ona ten uśmiech odwzajemniała. Ona jest matką i ja jestem matką. Ona wie, co to nieprzespane noce, i ja wiem. Ona wie, co to bezwarunkowa miłość, i ja wiem.

 

I obie wiemy, jak to jest.

Nie musimy się nawzajem oceniać. Uśmiechamy się do siebie.