Pamiętam jak kiedyś umalowałam się na imprezę, po czym mój młodszy Brat zapytał „wychodzisz bez makijażu?”. Dosyć późno zaczęłam używać różu, nie umiem robić kresek eyelinerem i w ogóle jestem trochę na bakier z upiększaniem się. Kosmetyki kolorowe to nie są moje ulubione zabawki. Inaczej sprawa się ma z kosmetykami pielęgnacyjnymi. Z tymi lubię się bardzo. Nie mam co prawda ambicji zostania blogerką kosmetyczną, ale skoro już pisałam o tym, czym warto smarować niemowlęce pupy oraz ciążowe brzuchy – czas na kilka słów o tym, czego używam do własnej twarzy. Aha, żeby nie było. To nie jest wpis sponsorowany.

Biochemią Urody mam pewien kłopot. Ich strona internetowa wygląda jakby od 2006 w tej branży nic się nie zmieniło, ale ok, rozumiem, gdyby inwestowali w stronę, to kosmetyki byłyby droższe. A dzięki temu, że są na facebooku, to jednak jakiś powiew nowoczesności jest. Jednak w przeciwieństwie do tzw. dużych firm kosmetycznych, anonimowość zespołu Biochemii Urody mnie dziwi.

Do rzeczy, miałam pisać o kosmetykach. Przyznam szczerze, że to jak działają na moją skórę sprawia, że nie zastanawiam się, tylko raz na jakiś czas uzupełniam zapasy. Opiszę te kosmetyki, które przetestowałam na własnej skórze, nie ma ich wiele, ale niektóre towarzyszą mi już długo.

 

Hydrolat z kwiatu pomarańczy

Na stronie sklepu czytamy, że „hydrolaty powstają jako uboczny produkt pozyskiwania olejków eterycznych w procesie destylacji z parą wodną całych roślin lub ich części”. Mój ulubiony, hydrolat neroli, pachnie delikatnie i kwiatowo, a jego działanie jest przeciwzapalne, łągodzące, regenerujące. Od wiosny do jesieni moim porannym rytuałem jest przetarcie skóry twarzy wacikiem nasączonym hydrolatem neroli. Czasem też gdy w upalny dzień wracam po pracy i robię demakijaż, takie przemycie twarzy sprawia, że moja skóra naprawdę lepiej wygląda. Czasem przemywam hydrolatem również buzię Panienki. Kiedyś wypróbowałam hydrolat z czarnej porzeczki, ale mnie podrażnił. W zasadzie wszystko się zgadza, zgodnie z opisem na stronie ten akurat jest kompletnie nie dla mojej skóry.

 

Krem łagodzący z lukrecją

Ulubiony zimowy kosmetyk. Jest dość tłusty, więc używam go tylko na noc. Ale moja sucha, łuszcząca się zimą skóra bardzo go lubi. Łagodzi podrażnienia, wygładza. Do przygotowania używam hydrolatu neroli, więc i pięknie pachnie. A sam proces przygotowania to niezła rozrywka dla dzieci – ja mieszam, one patrzą. Najpierw niby nuda, a potem wow, robi się biały krem!

 

Masło shea

To kosmetyk, którego nie trzeba przedstawiać. Używałam do wspomnianej wyżej niemowlęcej pupy i na ciążowy brzuch, używam na całe ciało, na spierzchnięte usta, na końcówki włosów i na suche zimą dłonie. Prawda jest taka, że używamy go całą rodziną, każdy to masło lubi i docenia jego działanie.

 

Peeling enzymatyczny

To jest nowość w mojej kosmetyczce, na razie użyłam go dwa razy. Przyznam, że efekty są obiecujące. Mam bardzo łagodną, skłonną do podrażnień cerę. I wszystko wskazuje na to, że ten peeling to był dobry wybór – skóra po użyciu jest rozjaśniona i bardzo gładka. Peelingi mechaniczne są dla mnie zbyt drażniące, ten jest delikatny, ale już widzę, że skuteczny. Niestety! Sięgnęłam na półkę po słoiczek, myślałam, że to masło shea, zamaszystym ruchem odkręciłam i… połowa wylądowała na dywanie. Tak, powinnam była przeczytać etykietkę. Jednak te identyczne opakowania mają wady…

 

Mleczko jedwabne do włosów

Produkt, do którego wrócę. Bardzo wygodne w użyciu, wzmacniające i wygładzające mleczko. Lubiłam je i chyba przed wakacjami (czyt. słońce, plaża, morska woda) powinnam się w nie zaopatrzyć. Z tego, co pamiętam, jego zapach nie powalał, ale nie mogę być aż taka wybredna.

 

Serum antyoksydacyjne flavo+C15EF

Moje ulubione serum, które używam w sezonie jesienno-zimowym. Wracam z pracy, robię demakijaż i nakładam serum. Skóra po nim jest rozjaśniona, gładka, napięta. Jak w przypadku wszystkich kosmetyków złożonych, należy wykonać je samodzielnie, ale to czysta przyjemność.

 

Gotując szukam przepisów z jak najmniejszą ilością składników. W przypadku kosmetyków z Biochemii Urody mam kosmetyki składające się z kilku (bądź jednego) składników, o których wiem jak wyglądają i jaki jest ich naturalny zapach. Bez barwników, bez sztucznych aromatów. I bez tego uczucia lekkiego zażenowania, które mam zawsze wtedy, kiedy otwieram drogi krem, a w dużym i eleganckim kartoniku jest kartonowy stelaż, w którym osadzony jest malutki słoiczek. Co prawda opakowania z BU mają wady, szczególnie gdy nie czyta się etykiet, ale nie za opakowania mam je lubić.

 

Linki: 1, 2, 3, 4, 5, 6