Za chwilę zacznie się marzec, co w naszej rodzinie oznacza przede wszystkim: urodziny. Obojga. Najpierw Starszak, potem Panienka. Dzieli ich 6 lat. Czyli w ich wieku – w zasadzie wszystko. I łączy tyle samo. 

Chudy, umięśniony, niewysoki blondyn. Silny, sprawny, oczytany, introwertyczny. Gra w piłkę nożną i szachy, rysuje komiksy. Zaraz skończy 11 lat. Jego uśmiech sprawia, że mój świat nabiera barw.

Szczuplutka, wysoka, brunetka, przy niej jestem biała jak kartka. Sprawna, energiczna, zwinna małpka. Jest przekonana, że cały świat istnieje tylko po to, by mogła się nim zachwycać i dobrze bawić. Układa piosenki, tańczy do Chopina i Prince’a. Za miesiąc skończy 5 lat. Każda chwila z nią to błogosławieństwo i radość.

Są jak jing i jang. On jasny, ona ciemna. On obserwuje, ona próbuje. 6 lat różnicy. Czwartoklasista i przedszkolaczka. A jednak – rodzeństwo. Ich relacja to coś, co mnie zachwyca.

Nigdy nawet przez chwilę, nie żałowałam, że między moimi dziećmi jest taka różnica wieku. Teoretycznie ich światy się rozmijają. Inne tematy, inne książki, inne zabawy. A jednak, chociaż nie ma dnia, kiedy nie usłyszałabym „bo ona ciągle!” albo „on mi nie pozwala!”, są swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Dbają o siebie, myślą o sobie, tęsknią gdy któreś wyjedzie. Kłócą się, obrażają na siebie, irytują. Ale…

Patrzę na nich i wiem, że kiedy nas zabraknie, to będą mieli siebie. Jestem spokojna.

Rodzeństwo to wspaniała rzecz. I różnica wieku niespecjalnie ma znaczenie.