To historia porodowa Kasi. Wszyscy długo czekali na ten dzień – Helenka urodziła się w 42 tygodniu ciąży. Szczęśliwie pomimo wywoływania poród był spokojny, naturalny, bez zbędnych interwencji. To piękna opowieść, cieszcie się nią. Poród wywoływany nie zawsze musi kończyć się znieczuleniem. Wiele zależy od tego, jakie nastawienie ma rodząca i w jakim jest otoczeniu. Jestem przekonana, że Kasi pomogła obecność męża, życzliwe położne i doświadczona doula.

Moja historia porodowa czyli wywoływanie po ludzku

Zanim jeszcze zaszłam w ciążę miałam w głowie wizję mojego porodu: zostanie w domu prawie do samego końca, chodzenie po naszych drewnianych schodach, moze nawet upieczenie urodzinowego tortu. Życie potem często te wizje weryfikuje, ale mam nadzieję, że moja historia doda otuchy przyszłym mamom, które boją się zmian albo wywołania porodu.

Pod koniec ciąży za namową douli zmieniłam szpital z 35% odsetkiem cesarskich cięć i ginekologa-położnika na grupę położnych praktykujących w innym szpitalu, dużo bardziej nastawionym na rodzenie SN. Zmiana stresująca, bo około 32 tygodnia, kiedy mało sił na walkę z biurokracją i mało czasu na poznanie od nowa ludzi którzy bedą towarzyszyć nam w przywitaniu naszej córki, ale bez tej zmiany pewnie nie mielibyśmy szansy na tak dobre doświadczenie. Warto walczyć, warto być wytrwałym.

Termin porodu przyszedł i minął. Trochę żartowaliśmy, że córka przeczuwała, że jeszcze kończymy remont i dała nam szansę na domalowanie ścian. Położne dały nam dodatkowe 2 tygodnie, czego nie mielibyśmy w naszym poprzednim szpitalu. Przeszliśmy przez wszystkie (tak, wszystkie! ) naturalne metody wywołania porodu, łącznie z oglądaniem rozwijających sie płatków kwiatów zaklinając przy tym moje ciało. Nic! W 41t5d pojechaliśmy wieczorem do szpitala, wiedząc że następnego dnia zaczniemy wywoływać farmakologicznie. Jadąc przez puste ulice czułam jednocześnie wielką radość, że zaraz będę mogła wreszcie poznać moje dziecko, a jednocześnie płakałam mając poczucie straty wymarzonego porodu. Wszystkie książki straszyły „lawiną interencji” i bałam się, że opcja porodu bez znieczulenia właśnie bezpowrotnie się od nas oddala.

Następnego dnia rano w szpitalu zjadłam pyszne śniadanie, wzięłam prysznic i zrobiłam ostatnie pamiątkowe „selfie” z brzuchem. Mąż włączył lawendowe olejki i naszą muzykę z weselnej imprezy. Podłączono mnie do oxy i monitorów. Najpierw nic, leżę w łożku, rozmawiam z pielęgniarką, z mężem. Włączyliśmy nawet telewizor, leci program o ludziach kupujących wakacyjne domy. Smsujemy z Doulą, która pisze, że pewnie dopiero za 10-12 godzin coś się ruszy, żeby się zrelaksować. Coraz większe dawki, coraz mocniejsze skurcze. Po godzinie zeszłam z lóżka, bujam się w fotelu. Boli boli boli. Pielęgniarka podnosi mi łóżko, żebym przy każdym skurczu mogła się oprzeć ramionami na poduszce i bujać sie na boki. Boli coraz bardziej, przy każdym nadchodzącym skurczu chowam twarz w poduszkę i wyję.

Przychodzi położna i mówi, ze super daję sobie radę. Nie mam siły nawet podziękować, ale potrzebuję takich słów i chyba to widać, bo i pielęgniarka i położna powtarzają to często.

Masują mi plecy, uciskają biodra. Tracę poczucie czasu, istnieje tylko w rytmie „skurcz-pustka-skurcz”. Sama nie wiem po jakim czasie proponują mi wejście do wanny. Mam podłączone dwa monitory (skurcze i bicie serca dziecka) i dwie kroplówki (oxy i płyny), ale nikt nie robi problemu, wchodzę zamotana w kable i rurki. Mąż wlewa eukaliptusowy płyn, który przywieźliśmy z domu: pachnie naszym pierwszym wspólnym wypadem. Położna sprawdza rozwarcie, 8.5 cm, jest zaskoczona, że tak szybko i woła do pielęgniarki, żeby szykować się na poród. Słyszę to jak przez mgłę.

Przejście z wanny na łóżko zajmuje mi kilkanaście skurczy, pielęgniarka idzie wolniutko ze mną i podstawia się, żebym mogła się wygodnie oprzeć. Doula wpada kiedy zaczyna się parcie. Pomaga mi oddychać, masuje kark, wachluje, przeciera twarz mokrym ręcznikiem. Czasem śpiewa pod nosem do naszej muzyki i mówi, że mamy dobry gust i że cieszy się że nie mamy 4 godzin samego U2. Mąż trzyma mnie za rękę. Ściskam, ściskam, sciskam.

Za każdym razem kiedy myślę, że już bardziej nie może boleć nadchodzi nowy skurcz i boli jeszcze mocniej. Przypominam sobie, żeby się skupić na tym co tu i teraz i kiedy skurcz odchodzi nagle mogę się uśmiechnąć. Pielęgniarka troche się dziwi, kiedy mówię, że to taki „sweet spot”, bolało, a teraz nie boli. Moment między skurczami jest aż fizycznie przyjemny.

W mojej głowie płynę pod wodą i przeciskam się przez wąskie i ciemne jaskinie, żeby móc wypłynać na powierzchnię.

Helenka rodzi sie po 5 godzinach od podłączenia oxy. Bez znieczulenia, bez nacięcia krocza, bez kolejnych interwencji. Bez lekarza, za to z rewelacyjną, empatyczną pielęgniarką i położną. Możemy zrobić to co planowaliśmy: odczekać z przecięciem pępowiny, mieć pierwsze 2 godziny z dzieckiem na piersi (pierwsze oględziny są na mnie, zważenie i zmierzenie poczeka aż się sobą nacieszymy). Jestem wulkanem adrenaliny, śmieję się i płaczę jednocześnie, dopiero po chwili zauważam, ze w tle cały czas był włączony telewizor, pytam kiedy będziemy mieć drugie dziecko, jem czekoladowego croissanta. Plan porodu został w torbie.

11667235_10154076892434057_2045923273_n
Helenka z Rodzicami, 4 minuty po narodzinach