Panienka jest weteranką. Ma za sobą rok w żłobku i dwa lata w przedszkolu. Obie placówki – prywatne. W żadnej nie było problemu z tym, że jest wegetarianką. Szefowa żłobka, cudowna ciocia Asia, do tego stopnia zainteresowała się dietą wegetariańską, że czasem wszystkie dzieci na podwieczorek dostawały ciecierzycę. W przedszkolu przyjęto informację o diecie Panienki z luzem. Śniadania są domowe, więc Panienka czasem swoje kanapki z humusem je siedząc koło najlepszej koleżanki pogryzającej kabanosy. Pytałam przedszkolne ciocie, czy Panienka nie zagląda do „mięsnych” talerzy i nie podpytuje o inne jedzenie. Usłyszałam, że nie ma takich sytuacji.

Przed nami kolejny etap, od września Panienka idzie do państwowego przedszkola. Po pierwszym zebraniu podeszłam do wicedyrektorki i poprosiłam o rozmowę. Byłam świetnie nastawiona po tym, jak usłyszałam, że dzieci jedzą dużo kasz, past warzywnych, ciemny chleb, piją wodę i nie dostają deserków. Niestety na hasło „dziecko wegetariańskie” usłyszałam „ja nie wiem, czy możemy przyjmować takie dzieci”. Takie?

Na szczęście potem pojawiła się dyrektorka. I…. chyba się udało. Zaproponowałam, że Panienka będzie jadła to, co jest bezmięsne, a resztę doniesiemy. A więc jeśli na śniadanie jest zupa mleczna i kanapki z szynką i ogórkiem, to Panienka może mieć zupę mleczną i kanapkę z masłem i ogórkiem. Na obiad kotlet, surówka i ziemniaki? Domowy zastępnik kotleta, ziemniaki i surówka. I tak dalej. Zupy mięsne odpadają, ale powiedziałam, że trudno, zup może nie jeść. Jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że kucharki nie gotują zup na mięsie, chyba, że rosół…

Porcje dla Panienki mamy przynosić w opisanym pudełku, a panie odniosą je do kuchni. W czasie spotkania adaptacyjnego miałam wrażenie, że wszyscy już wiedzą, że Panienka nie je mięsa i mają do tego neutralny stosunek. Kilka razy spotkałam się jednak z uwagami, że Panienka pewnie za jakiś czas poprosi o mięso widząc, że inne dzieci je jedzą. Wyjaśniałam, że od 3 lat siedzi przy stoliku z mięsożernymi dziećmi i jeszcze nie poprosiła. Wszystko zależy od dorosłych. Jeśli będą mówić „rodzice nie pozwalają ci jeść takich kotlecików” to mogą załatwić sprawę.

Jestem jednak pełna wiary, że będzie dobrze i wegetarianizm Panienki nie spotka się z komentarzami, że w ogóle nie będzie tematem. Szczęśliwie nie poproszono nas o zaświadczenie lekarskie w sprawie diety. Ciągle jeszcze w niektórych placówkach wymaga się tego od rodziców, chociaż nie ma to uzasadnienia prawnego, pisze o tym jasno Ministerstwo Zdrowia:

Szkoły, przedszkola i żłobki nie mają podstaw prawnych, aby wymagać zaświadczeń lekarskich dotyczących żywienia dzieci wegetariańskich ani podważać zasadności stosowania żywienia wegetariańskiego.

Źródło: Odpowiedź na petycję. Ministerstwo Zdrowia – WegeMaluch.pl
Under Creative Commons License: Attribution Non-Commercial No Derivatives

W odpowiedzi na petycję przygotowaną przez portal WegeMaluch.pl można przeczytać również, że rodzice mogą przynosić własne jedzenie. Było to wcześniej podważane przez dyrekcje szkół i przedszkoli broniących się, że „Sanepid nie pozwala”

Za organizację i jakość żywienia w ww. obiektach są odpowiedzialni właściciele lub dyrektorzy placówek, którzy mogą umożliwić rodzicom przynoszenie przez nich żywności dla dziecka, w takim przypadku powinni zapewnić higieniczne warunki przechowywania i podawania pożywienia

Źródło: Odpowiedź na petycję. Ministerstwo Zdrowia – WegeMaluch.pl
Under Creative Commons License: Attribution Non-Commercial No Derivatives

Rozumiem, że przygotowywanie osobnych posiłków dla dzieci wegetariańskich mogłoby być naprawdę uciążliwe. Podobnie jak z osobnymi posiłkami dla dzieci bezglutenowych czy z alergią na białko mleka krowiego. Z resztą w przedszkolu usłyszałam głębokie westchnienie ulgi na wiadomość, że Panienka je produkty mleczne. „Gdyby nie mogła mleka, to by było ciężko…a jak nie je tylko mięsa, to nie jest taki kłopot…”

Bo to fakt. Diety przedszkolne stoją mlekiem. Zupy mleczne są codziennym śniadaniem, do tego sery i serki. Nie jest to najzdrowszy sposób żywienia małych ludzi, badania dotyczące zbyt dużej ilości białka w dziecięcej diecie nie są niczym nowym, pisałam o tym w tym poście.

Cieszy mnie jednak zmiana, którą zaobserwowałam. Otwartość na wegetarianizm Panienki (poza pierwszym zgrzytem), chęć współpracy, dbanie o dietę (ciemne pieczywo i kasze w przedszkolnym jadłospisie!). Coś się dzieje. Oczywiście zobaczymy, co wydarzy się we wrześniu. Panienka jest bardzo przekonaną małą wegetarianką, ale jeśli usłyszy od pań w przedszkolu (które przecież szybko mogą stać się bardzo ważnymi osobami w jej życiu), że coś traci nie jedząc mięsa, może zgrzytnąć. Ale…jestem dobrej myśli.

I szukam solidnego pojemnika – termosu na wegetariańskie kotlety Panienki. Proszę o podpowiedzi :)