Widziałam niedawno rodzinę – dwoje rodziców, dwójka dzieci. Wyglądali bardzo fajnie, szli spokojnie do teatru dziecięcego. Rozmawiali sobie, z czułością odnosili się do synka i córki. Jedno mi zgrzytnęło – idąc nie trzymali dzieci za ręce, tylko za szelki spacerowe. Nawet wtedy, kiedy maluchy wyciągały rączki.

Zadałam na fanpage pytanie o takie szelki. Odpowiedziały głównie osoby, które uważają je za dobry wynalazek. Na dworcu, przy ruchliwej ulicy, na lotnisku czy w metrze. Czyli wszędzie tam, gdzie nagłe wyrwanie się dziecka może być bardzo niebezpieczne. BARDZO.

Dużo jeżdzę z dziećmi komunikacją miejską. Wiem, że podróż pociągiem z niemowlęciem to przyjemność w porównaniu do podróży z trzylatkiem. Ale szczerze mówiąc nigdy nie pomyślałam o takich szelkach. Jakoś mnie to zawsze odrzucało. Ale przecież bezpieczeństwo moich dzieci jest dla mnie ważne. Najważniejsze.

Przy ruchliwości Panienki, jej ciekawości świata i energii okazało się, że bez chusty, nosidła, a potem tongi życie byłoby trudniejsze. Były sytuacje, kiedy po prostu motaliśmy ją lub wrzucaliśmy do mei taia tłumacząc, że teraz tak musi być, przez chwilę lub dwie. Więc w oczekiwaniu na pociąg staliśmy na peronie z dzieckiem na plecach, torbą w jednej ręce, a kubkiem kawy w drugiej. Ruchliwe ulice starałam się omijać, a tam, gdzie nie było niebezpieczeństwa – wolny wybieg. Bo to też jest ważne moim zdaniem – pobiec przed siebie, przewrócić się, potknąć. Szukać mamy, zawołać, wrócić. Odkrywać świat i badać swoje możliwości.

Jeśli dziecko ma w sobie Odkrywcę, zamiast szelek można pomyśleć właśnie o nosidle typu tonga lub chuście kółkowej. Nosić przerzucone przez ramię, gotowe do użycia. I gdy zbliżymy się do ulicy, albo poczujemy, że chcemy mieć malucha pod kontrolą, w tłumie – wystarczy wziąć dziecko na ręce i włożyć do tongi (albo chusty kółkowej). W bonusie mamy bliskość.