Bycie fit stało się modne. Polacy i Polki biegają, wskakują na rolki i rowery, chodzą na siłownię. Obok trwa rewolucja żywieniowa – pokazanie talerza z golonką jest mniej sexy niż pokazanie kubka z green smothie. W tym wszystkim pojawiły się fit mamy. W kolorowych legginasach i z kaloryferem na brzuchu. Najlepiej też z dwójką małych dzieci.
 
Wpadłam po uszy.
Biegam, robię przysiady ze sztangą, morduję brzuch i jeśli w tygodniu z powodu braku choroby lub braku czasu nie poruszam się wystarczająco dużo – czuję się gorzej.
Czy jestem fit mamą? Czasem dla zgrywu wrzucam taki hashtag na instagramie, ale czuję się teraz przede wszystkim osobą pełną energii.
 
Kiedy wrzuciłam na FB zdjęcie Marii Kang w kusym stroju i z trójką maluchów oraz napisem „What’s your excuse?” dyskusja była gorąca. Komentarze różne. Czas i pieniądze. Inne priorytety. Przesada. Ale też – jak się chce, to się da. I że to promocja zdrowego trybu życia.
 
Nie chcę tu generalizować, więc napiszę jak z tym sportem i byciem fit jest u mnie.
 
Kiedy zaczynałam studia miałam w sobie dużo niepokoju. Poszłam na krav maga trochę się odstresować i odkryłam przy okazji, że fajnie jest się spocić. Potem krótko trenowałam kick boxing. Wtedy poczułam, że aktywność fizyczna sprawia mi przyjemność. Dużo wody w Wiśle upłynęło zanim doszłam do takiego wniosku. Ja, pulchna przedszkolaczka, która całą podstawówkę symulowała żeby tylko nie biegać na wf. Pamiętam zaliczanie biegu na 600 metrów. Chyba nigdy nie ukończyłam biegu na ten dystans. Byłam kompletnie bez kondycji, czułam się zła i nieszczęśliwa. Głośno mówiłam, że wolę czytać niż biegać. Tak wtedy było.
 
Po urodzeniu Panienki poszłam na jogę – żeby coś zrobić dla swojego ciała i żeby pobyć sama ze sobą. Półtorej godziny raz w tygodniu było dla mnie jak balsam. Niecały rok temu poczułam, że potrzebuję nowych wrażeń, jestem w innym miejscu. Kupiłam buty do fitnessu i tak się zaczęło.
 
Co chcę osiągnąć? Mam w rodzinie starszych ludzi, emerytowanych sportowców. Patrzę na nich i ich forma jest tym, co chciałabym osiągnąć. Mam jeszcze pół wieku.
 
Ważne jest też dla mnie to, że moje dzieci to obserwują. Widzą, że jestem aktywna. W sobotę patrzę jak jedzą śniadanie, a potem biegnę na power pump. Wracam pełna energii i uśmiechnięta. Raz w tygodniu wstaję rano (jeśli mi się uda!) i wychodzę pobiegać, czasem robię to wieczorem. To czas dla mnie. Świat jest piękny, ja trochę w tym biegu medytuję. Trochę rozmyślam, a trochę staram się w ogóle nie myśleć, tylko biec. To bardzo przyjemne uczucie.
 
Nie muszę być fit. Mój brzuch raczej nigdy nie wyląduje na okładce Women’s Health. To nie o to chodzi. Po prostu znalazłam coś, co sprawia, że dobrze się czuję. Produkuję endorfiny, wręcz w nich pływam. Moje decyzje tu i teraz – by jednak rano wstać i iść pobiegać, by ćwiczyć, chociaż mięśnie bolą – będą, mam nadzieję, miały wpływ na to, w jakiej formie będę za 10, 20, 30 lat. I za 50 też.
Cały dzień pracuję przy biurku – mój kręgosłup jest mi zbyt potrzebny, bym miała o niego nie zadbać.
 
Możliwości jest wiele – ja swoje dyscypliny zmieniałam tyle razy – warto jest poszukać czegoś dla siebie. Nie dla bycia fit, co jest pustym sloganem. Ale dla przyjemności jaką to daje, dla swojego zdrowia w przyszłości.