Słońce, schody, kubek gorącej kawy. I przestrzeń, błękitne niebo, ukochany mężczyzna u boku. Dzieci bawiące się na trawie…
Wiecie, jak niewiele trzeba, żeby odetchnąć pełną piersią po ciężkim tygodniu?

Tym razem na ukochane Podlasie pojechaliśmy świętować z częścią rodziny prawosławną Wielkanoc. Dla dzieci była to okazja spotkania z Prababcią i kuzynostwem. Dla mnie czas z bliskimi, wieczory z winem, wspólne gotowanie, słuchanie muzyki i grupowe oglądanie Kaberetu Starszych Panów (Starszakowi się podoba!). Taka głośna, emocjonalna, kochająca się rodzina.
A do tego Podlasie ze swoim pięknem, zjawiskowym niebem o każdej porze dnia, krystalicznym powietrzem i zapachem ziemi, która za kilka miesięcy, gdy znów przyjedziemy, będzie nas karmić.
Dużo się tam zmieniło od czasu, gdy byłam dzieckiem i spędzałam tam wakacje. Ale to „coś” co sprawia, że w momencie wyjścia z pociągu odłączam się od codzienności i przechodzę w stan głębokiego relaksu – ciągle jest.