Kiedy urodził się Starszak wydawało mi się, że wszystko muszę mieć. Już w ciąży oglądałam kubeczki z ustnikami. Między butelką a zwykłym kubkiem przejściowo tak ze dwa różne modele, do nauki oczywiście. Panienka to dziecko, przy którym wydatki wyglądały zupełnie inaczej.

Niedawno byłam przypadkową świadkinią rozmowy kobiety z teściową (komunikacja miejska, wiadomo). Pierwsza prosiła o drobne wsparcie finansowe i argumentowała, że dziecku kończą się słoiczki. Strasznie mi było żal tej biednej teściowej, bo gdyby powiedziała „kilogram marchewek kosztuje złotówkę, może nie warto kupować słoików?” to nie spotkałoby się to z podziękowaniami od synowej. Sama pamiętam, ile kosztowało wykarmienie słoiczkami Starszaka. Naprawdę mogłabym sobie za te pieniądze kupić coś ładnego…

 

źródło

Książka „Dziecko bez kosztów” wydana przez Mamanię jest trochę właśnie o tym. Jej podtytuł brzmi „Przewodnik po niekupowaniu” i moim zdaniem to po prostu bardzo zdroworozsądkowy przewodnik na temat rodzicielstwa. Jak podjąć właściwe decyzje konsumenckie będąc młodym rodzicem, który jest jednym z ulubionych odbiorców reklam? Skąd wiadomo, co jest potrzebne, a co nie, skoro za czasów naszych rodziców wielu z tych produktów po prostu nie było i nie możemy zapytać ich o radę?

 

Autorka analizuje po kolei, w rozdziałach, etapy i potrzeby. Od zakupów ciążowych, przez karmienie po wyposażenie pokoju dziecięcego – wiele tematów, pytań i odpowiedzi. Całe strony sensownych porad, trafnych uwag i ciągłego przypominania, że warto patrzeć na swoje zakupy również jako na decyzje ekologiczne. Im mniej kupujemy, tym mniej się produkuje, a to wpływa na zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska. Czystych plaż i świeżego powietrza nie kupimy naszym dzieciom. Ale możemy o nie dbać NIE KUPUJĄC właśnie.
Jednak nie o same zakupy tu chodzi. Pamiętam swoją refleksję dotyczącą tego, że gdy szłam z Panienką w wózku, to odrywam się myślami. Niby coś tam do niej zagadywałam, ale byłyśmy osobno. Gdy szłam z nią w chuście, to kontakt był cały czas. Rozmowa, głaskanie, łapanie za nóżkę. Cały czas blisko. Gdy zaczęła jeść z nami, to nie robiliśmy jej osobnych posiłków. Jedliśmy razem, mogła ściągać z naszych talerzy co jej się spodobało i robiła to. Te posiłki były wspólne, wesołe, jedzone ze smakiem.
Tego nie ma w tytule, ale to książka o bliskości. O tym, że dziecko potrzebuje tylko tego, żeby było mu ciepło, brzuszek był pełny, a pieluszka czysta. To absolutna podstawa, a reszta to dodatki. I tę podstawę można zapewnić przytulając, karmiąc piersią i będąc blisko. Rodzice mogą sobie świetnie poradzić bez wszystkich dodatkowych, tylko pozornie niezbędnych akcesoriów.
To książka skierowana do rodziców niemowląt, ale jej lektura jest tak inspirująca, że na pewno wpłynie na kolejne lata rodzicielstwa. Aha, miałam wątpliwości czytając rozdział o noszeniu – ideologia tak, porady praktycznie nie. Trzeba szukać w innych miejscach. Ale to nie zmienia faktu, że to pozycja potrzebna współczesnym rodzicom.