Wielu młodym matkom, które po urodzeniu dziecka przechodzą na urlop macierzyński lub dalej, wychowawczy, radzi się, by wykorzystywały czas kiedy ich pracujący partner jest w domu i wychodziły gdzieś same. Na spotkanie z koleżanką, na basen, do kina, kosmetyczki, na wernisaż lub zakupy solo.
Nie da się ukryć, czas spędzony tylko we dwoje, z dzieckiem, jest równie wspaniały, co nienaturalny. I jeśli kobieta nie ma grupy znajomych, sąsiadów, koleżanek, klubu mam w okolicy, to bywa, że spędza całe dnie rozmawiając tylko z dzieckiem, które dopiero uczy się składać zdania.

W czasie pewnego spotkania młodych matek w którym uczestniczyłam ten temat dość szybko pojawił się w dyskusji o rodzicielstwie. I nie mówiło się o tym, że bycie z dzieckiem bywa męczące, a wyjście bez dziecka to wspaniała odskocznia od codzienności. To nawet nie o to chodzi. Wiele matek odczuwa rozdarcie – bo wiedzą, że jeśli zdecydują się wyjść w ten piątkowy wieczór same lub z koleżankami, zostawiając dzieci pod opieką ich ojca, to będzie to ten wieczór, którego nie spędzą ze swoim partnerem.
Kiedy nie pracowałam, sobotnie poranki spędzałam na macie. To była wycieczka do miasta, więc zajmowało to prawie 4 godziny. Kiedy poszłam do pracy poczułam, że jeśli moja rodzina praktycznie nie widuje się w ciągu tygodnia, to nie mogę znikać w sobotę rano. Rodzinne, leniwe śniadania wydały mi się ważniejsze niż moja potrzeba chodzenia na jogę po całym tygodniu. Przeorganizowaliśmy się tak, że mogłam ćwiczyć w środy wieczorem. Teraz, gdy mieszkamy w mieście, chodzę na drugie zajęcia w soboty i całość wyjścia zajmuje nie więcej niż 1,5 godziny. Mogłabym wychodzić też w piątkowy wieczór, Ojciec Dzieciom nie ma wtedy swoich zajęć, ale oznaczałoby to, że od poniedziałku do piątku nie zjedlibyśmy ani jednej rodzinnej kolacji.
I to jest ten problem, który dostrzega wiele kobiet. Jeśli pracują, to mają wyrzuty sumienia chcąc spędzić weekend bez dzieci i męża. Przecież nie widzieli się w ciągu tygodnia… Jeśli nie pracują, to przecież chce się spędzać czas wolny z partnerem. No bo to ten, jedyny. Zostawiać go z dziećmi i dawać dyla, na wino z kumpelami? A co z seksem i piciem wina z własnym facetem?
Jak to pogodzić? Jak zachować równowagę między życiem rodzinnym, małżeńskim i towarzyskim?
Nie wychodzę często, ale staram się spotykać z koleżankami na tyle często, żeby pamiętały jak wyglądam (za mało!). Z Ojcem Dzieciom pilnujemy, żeby przynajmniej raz na dwa miesiące wyjść gdzieś wieczorem tylko we dwoje. Najchętniej potańczyć. A jednym z najfajniejszych sposobów spędzania czasu rodzinno-małżeńsko-towarzyskiego jest zapraszanie przyjaciół do nas. Czasam wpada jedna osoba z dzieckiem, czasem mamy u siebie naprawdę duże grono. Ostatnio w naszym malutkim mieszkaniu zmieściło się w sumie 10 osób dorosłych i 5 dzieci. My mogliśmy sobie pogadać, słuchać muzyki i dobrze bawić, a dzieci – też wyglądały na zadowolone.
Czasem myślę, że takie rozterki – jak dzielić ten czas, którego jest tak mało zawsze – są męczące i frustrujące. Czasem nachodzi mnie refleksja, że za 10 lat moje dzieci nie będą koniecznie chciały ze mną spędzać każdej chwili, a ja zyskam więcej czasu. I że to naprawdę szybko zleci. A czasem patrzę na kalendarz, próbuję się z kimś umówić i zastanawiam, skąd wytrzasnąć dodatkowy dzień tygodnia.