To historia porodowa, która pokazuje jak wiele zależy od personelu medycznego który towarzyszy rodzącej. Bo kiedy nie ma prawdziwego wsparcia, czułej, profesjonalnej i uważnej opieki – na nic wiedza i przygotowanie kobiety.
Tę opowieść dedykuję położnym, a szczególnie studentkom i studentom położnictwa. Od Was zależy bardzo wiele.

Od zawsze bałam się porodów. Napawały mnie lękiem i poczuciem grozy. Krew, wrzaski i cierpienie – tak kojarzył mi się poród. Do tego historie porodowe, których strzępki słyszałam przy okazji rodzinnych spotkań (oczywiście opowiadane szeptem i w atmosferze konspiracji): “ …miałam transfuzję krwi…”, “…miała tak dużą głowę, że musieli mnie naciąć…”, “ … myślałam, że umrę…” Kiedy zaszłam w ciążę, postanowiłam zrobić mały “research” na temat porodów i jakoś się do tego momentu przygotować.
Postawiłam na naturę, czyli poród aktywny, joga, sztuka oddychania, hipnoza, i tym podobne. Im więcej na ten temat czytałam, tym bardziej czułam, że dam radę, że to tylko kwestia przygotowania i odpowiedniego podejścia. Wierzyłam w silę i sprawiedliwość natury, ufając jej mądrości – skoro wymyślila taki sposób rozmnażania, to musiała mieć w tym jakiś cel. “Oksytocyna i adrenalina wydzielają się z organizmu w odpowiednim momencie, by łagodzić ból i usprawnić akcję porodową”: takie naukowe newsy też mnie uspokajały. Kiedy wybiła godzina czułam się zatem w pełni przygotowana, zwarta i gotowa, by stawić czoła wyzwaniu. W drodze na “porodówkę” słuchałam muzyki, żartowałam i czułam się zupełnie zrelaksowana.
Kiedy moje pozytywne podejście przestało wystarczać i uświadomiłam sobie, że to naprawdę nie jest takie łatwe, a moje merytoryczne przygotowanie chyba na nic się nie zda? Kiedy usłyszałam jęki kobiety leżącej na łóżku obok, będącej w pierwszej fazie porodu. To aż tak boli? – pomyślałam, a w oczach pojawiły się łzy. Chciałam uciekać… Panika rosła we mnie, a ćwiczenia oddechowe, które miały uspokajać, zdawały się na mnie nie działać. Wciąż czekałam na łóżko porodowe i oksytocynę, którą zamierzano mi podać dożylnie. Na naturalną oksytocynę nie miałam co liczyć, gdyż wody płodowe odeszły pierwsze, nie czekając na skurcze… nie tak miało być! Młodziutka pielęgniarka popatrzyła na mnie z politowaniem – Będziesz mieć podawaną oksytocynę? – Ojej… Ojej… Ojej! – ja sama wiedziałam “czym to pachnie”. Oksytocyna przyspiesza skurcze, przyspieszając akcję porodową. Czytałam na ten temat. Wtedy żałowalam, że cokolwiek czytałam. Być może warto było tkwić w błogiej nieświadomości).
I tak też bylo.
Oksytocyna spływała do mych żyl kropla po kropli. Na początku zdwała się nie działać, ale potem uderzyła że zdwojoną sila. Tylko oddech może mnie uratować – pomyślałam. Oddychałam spokojnie, rytmicznie, wprowadzając się niemalże w stan hipnozy. Trwało to cztery godziny. – Jest pani bardzo dzielna – szeptały położne, choć wtedy uważałam, że mowią tak pewnie każdej pacjentce. Jedna z nich oznajmiła mi potem, że po oksytocynie większość kobiet błaga o znieczulenie już po pół godziny. Epidural zadziałał szybko, bo jednak poprosiłam (a raczej wykrzyczałam) o niego. Przestało boleć. Znów przypomniałam sobie doniesienia naukowe, że wiekszość porodów po eiduralu kończy się cesarskim cieciem (nie chciałam mieć “cesarki”, naczytalam się, że boli gorzej niż porod naturalny i że generalnie jest to wymysł lekarzy, by było im wygodniej), więc znów doszedł dodatkowy stres – “byle nie mieć cesarki… byle nie mieć cesarki…”
Cesarki nie bylo, a wszystko, co nastąpiło po podaniu epiduralu odbyło się ekspresowo. Po 10 godzinach akcji porodowej urodziłam córkę. Tu powinna zakonczyć się moja historia. Ale muszę jeszcze dodać słówko na temat personelu medycznego (dodam, że nie rodzilam w Polsce, więc nie tylko w naszym kraju jest ”nie-kolorowo” pod tym względem). Kiedy epidural przestał działać, ból z pierwszej fazy porodu powrócił. Pielęgniarka podała mi środki przeciwbólowe, ale kiedy poprosiłam, by pomogła mi nakarmić dziecko, bo nie mogę się ruszyć, tylko odburknęła “ gdybyśmy każdej kobiecie chciały pomagać w karmieniu swoich dzieci, to na nic innego nie starczyłoby nam czasu” ). Przyjęłam ten gorzki komunikat przeklinając pielegniarkę w myślach. “Masz piersi, to karm.”, “Urodzilaś, to cierp”, “Nie rozklejaj się, nie tylko ty urodzilas tu dziecko” – to komunikaty, które zebrałam w ciągu następnych paru godzin. Nie wszystkie oczywiście zostaly werbalnie wypowiedziane, niektóre zostały zademonstrowane wymownym spojrzeniem, przeciągłym westchnieniem czy jawnym ignorowaniem potrzeb.
– Czy mogę poprosić o mleko dla dziecka? A w sumie o dwa mleka, bo mam daleko do domu, trzy godziny jazdy samochodem i dziecko pewnie zgłodnieje dwa razy.
– Dwa mleka? Proszę pani, gdybyśmy każdemu chcieli tak rozdawać mleko…. Proszę jedno, a resztę proszę sobie dokupić w sklepie na dole – oburzyła się pielegniarka w recepcji. Dodam że w sklepie na dole dostałam mleko za darmo, gdyż były sprzedawane w kartonach i uprzejmy sprzedawca poszedł mi na rękę.)
Dlaczego pielegniarki są nieuprzejme? Powinny pomagać, nie szkodzić… Czy osoby decydujące się na zawód polegający na pomaganiu innym, nie powinny być poddawane testom na stopień i postęp “znieczulicy”?
I jeszcze rzucone na odchodnym “ proszę odciagnąć pokarm, bo zapalenia piersi dostaniesz”. Czemu żadna pielęgniarka nie podszepnęła mi, by ktoś przyniósł mi laktator z domu, lub sama ten laktator przyniosła (czy nie powinien on być na wyposażeniu szpitala…). Opuszczałam więc szpital z dwoma zwisajacymi bezradnie ciężkimi balonami mleka, i z uczuciem rozczarowania, złosci i jeszcze jednym uczuciem – Gombrowicz użyl kiedyś określenia „gwałt przez uszy” – i ja opuszczając szpital, po całej tej czterodniowej akcji, czułam się w jakiś dziwny sposob zgwalcona, na ciele i duszy..)

 

/Mag./
Autorka tej opowieść karmiła potem swoim mlekiem kilka miesięcy. Biorąc pod uwagę jakość wsparcia w szpitalu – to wielki sukces.