Otworzyłam dziś oczy około 10 rano. Co prawda wcześniej przybiegły dzieci – Panienka wołając „Mikołaj był w nocy!!!”, a Starszak „Dziękuję!!!” – ale wtedy przyjęłam je pomrukując przez sen. Musiałam wyjść z domu o 11 i jechać na swoj fitness. Okrutnie mi się nie chciało! Marzyłam o piciu kawy w łóżku i wylegiwaniu się po tygodniu wstawania do pracy na 8 rano…

Po trzech weekendach bez ćwiczeń – byłam na zmianę chora lub poza domem – czułam w ciele, że muszę wstać i iść na zajęcia. A potem spędziłam 50 minut, w czasie których na zmianę zadawałam sobie pytania „co ja tu robię?” i „jak mogłam się wahać?”. Wiem, że jutro wstawanie z łóżka będzie bardzo bolesne…
Ale było warto. Nie wiem dokładnie, jakie hormony odpowiadają za frajdę, ale ćwiczenia dają mi jej niesamowicie dużo. Gdy zaczęłam chodzić na jogę Panienka miała 7 miesięcy i wtedy to było dla mnie jedyne przedpołudnie w tygodniu, które miałam dla siebie, tylko dla siebie. Trochę jakby raj.
Teraz raz w tygodniu staram się być na macie, a raz w tygodniu łapię sztangę. To nie jest dużo z punktu widzenia osób aktywnie trenujących. Niektórzy mogą uważać, że to w zasadzie zawracanie głowy, jedna sesja jogi w tygodniu, to ma sens? Tak, to ma sens.
Po pierwsze – ruszam się. Niewiele, ale zawsze. Nie jestem super siłaczką i mistrzynią jogi, nigdy raczej z różnych powodów nie będę, ale widzę postępy. Moje ciało kobiety siedzącej codziennie przy biurku, mój zmęczony kręgosłup – są mi bardzo wdzięczne po każdej sesji jogi. Czuję to. Mój poziom samozadowolenia po kolejnym razie, gdy się przemogłam i poszłam na zajęcia, po trudnym dniu, w deszczu, marząc raczej o gorącej czekoladzie niż poceniu się publicznie – jest bardzo wysoki. Spokój wewnętrzny jaki osiągam w czasie tych zajęć…. To wszystko jest bezcenne.
Polecam Wam poszukanie sobie takich zajęć. Wyjście z domu i zrobienie czegoś dla siebie, nawet raz w tygodniu, to fantastyczna sprawa. A kiedy się jest mamą – to wręcz obowiązek.
foto: gratisography.com