Cały problem polega na tym, że dzieci nie zawsze (haha) chcą tego, czego rodzice. Szczególnie odczuwa się to przy jedzeniu. My wysiewamy kiełki widząc oczyma wyobraźni, jak nasze dzieci będą zajadać się tymi bombami witaminowymi, a one nimi gardzą. Kupujemy ekologiczną dynię za cenę, o której nie wypada rozmawiać, a startujący z BLW malec rozsmarowuje sobie ją na włosach. Maseczki też są fajne, ale chyba nie o to chodzi. Wiele osób dochodzi do wniosku, że ważne, żeby dziecko jadło COKOLWIEK. Więc niech to już będą te udka kurczaka.

To był przypadek Starszaka. Dziecko słoiczkowe, które co prawda zawsze jadło, ale w pewnym momencie repertuar akceptowanych potraw nieco wymknął mi się spod kontroli. Po obejrzeniu jakiegoś odcinka Flinstonów stwierdził, że mięsko z kością jest ok i przed kilka lat udko kurczaka (lub jakikolwiek inny gnat) był jedynym obiadowym pewniakiem. Nawet, gdy przeszłam na wegetarianizm i zdecydowałam o wegetariańskiej diecie dopiero co urodzonej Panienki uznałam, że jeśli Starszak nie będzie jadł mięsa, to chyba nie będzie jadł niczego. W pewnym momencie dorzucił makaron z pesto, no ale ile można?
Kilka tygodni temu, w okolicach śniadania, zorientowałam się, że nie widzę Starszaka. Gdzie był? Na balkonie, zbierał sałatę na kanapki. Posmarował chleb masłem, obłożył listkami sałaty i świeżą bazylią. I zjadł ze smakiem. Świeże ogórki i marchewki to teraz dla niego normalna przekąska, nie pogardzi też ogórkami małosolnymi i kwaszonymi. Co raz częściej zdarza mu się nie zdecydować na mięso w czasie obiadu u rodziny. Ostatnio, kiedy wykończona kupiłam sobie napój energetyczny (pierwszy od studiów…) najpierw zgromił mnie wzrokiem, a gdy go wypiłam wziął puszkę i czytał na głos listę składników i tabelkę wartości odżywczych zerkając na mnie z wyrzutem.
Nadal jest bardzo powściągliwy jeśli chodzi o próbowanie nowych potraw, ale ewidentnie wybiera to, co zdrowe. Zadaje pytania, czyta etykiety, analizuje reklamy. Pyta „czy to jest sama chemia?”.

 

Ekologiczny plaster – owoc zainteresowań Starszaka naturą. źródło

 

Wie, że jako przyszłość polskiej kadry piłkarskiej (oczywiście!) musi dbać o swoje zdrowie, a zdrowe odżywianie jest w tym pomocne. Skąd to wie? Nie będę ukrywać, ode mnie. Jestem osobą, która mówi DUŻO. W czasie posiłków rozmawiam z dziećmi o tym, co jemy, z czego się składa, jakie ma kolory i konsystencje. Zachęcam do próbowania i badania jedzenia. Opowiadam o witaminach i składnikach mineralnych. Moja rodzina jest po prostu zmuszona żyć z moimi szaleństwami ;) Kiedyś na lodówce powiesiłam dziecięcą piramidę żywienia i to był strzał w dziesiątkę. Temat do rozmów na wieeele posiłków!
To chyba jest powód tego dietetycznego, małego sukcesu – przekaz. Wydawało mi się, że Starszak nie słucha tego całego gadania o zdrowym odżywianiu, a w skrytości swojego dziewięcioletniego serca marzy o hamburgerze z sieciówki. I nawet jeśli tak jest, to kładzie sobie na kanapkę liście sałaty, a bazylię je tak po prostu, bez niczego i zadaje trudne pytania typu „który fastfood jest najgorszy?”. Warto wierzyć w to, że dzieci nas słuchają i obserwują. Gdybym tylko mówiła o zdrowym jedzeniu, a sama nie zwracała na to uwagi – byłabym kompletnie niewiarygodna.
Ostatnio Panienka zaczęła z większą rezerwą patrzeć na nowości w diecie (chociaż nadal najlepsze jest to, co inni mają na talerzu, „podzielisz się?”) i nie jest już dzieckiem zjem-wszystko-daj-jeszcze. Ale przyjmuję to z absolutnym spokojem. Widocznie taki ma etap. Naszym zadaniem jest trzymać w lodówce i w szafkach tylko to, co uznamy za wartościowe (wartość emocjonalna żelków zabranych z imprezy to inna sprawa), a ona podrośnie i wtedy się okaże, jak to z jej jedzeniem jest. Jestem w tym temacie dość wyluzowana. W razie czego brat zainterweniuje ;)