To pierwsza z opowieści porodowych jakie pojawią się na blogu. Chciałabym, aby w zalewie dramatycznych, smutnych historii porodowych pojawiły się historie o dobrych, wzmacniajacych porodach. Wiemy wszyscy, że kiedy coś dzieje się źle – ludzie głośno o tym mówią. Kiedy dzieje się dobrze – milczą. Łatwiej piszemy skargi niż pochwały. Może jestem freakiem, ale za każdym razem, kiedy spotkam się z miłym zachowaniem kierowcy autobusu czy motorniczego tramwaju, notuję numer boczny pojazdu i wysyłam do ZTM wiadomość z podziękowaniem. O dobrych rzeczach też trzeba mówić.

Moją prośbę o przesyłanie historii porodowych zamieściłam w TYM poście. Dziś publikuję pierwszą. Czytajcie i bierzcie z niej siły.

 

***
Sierpień 2010
Mój dziewiąty miesiąc ciąży przypadł na najcieplejszy miesiąc w całym moim dotychczasowym życiu – upalny i bezdeszczowy sierpień. Wiadomo – nogi puchły, palce jak serdelki nie zginały się do końca, nawet w nocy nie było czym oddychać. Mimo to przez całą ciążę byłam aktywna, dużo chodziłam i tak jak w dotychczasowym życiu –  dzień bez wyjścia z domu powodował, że czułam się źle.
Aż do ostatnich dni przed porodem. Moje ciało odmówiło jakiejkolwiek aktywności, wyraźnie dawało mi znać, że chce jeść i leżeć.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to oznacza zbliżający się poród. Prawdę mówiąc, w pewnym momencie nawet przestałam wierzyć, że do porodu kiedykolwiek dojdzie. Zaczynałam przyzwyczajać się do myśli, że już zawsze będę w ciąży. Tym bardziej, kiedy po trzech dniach totalnej bezczynności, podczas wieczornego leniuchowania z mężem poczułam skurcze – nie wierzyłam, że TO JUŻ.
Przez ostatnie trzy miesiące zdarzało mi się miewać pojedyncze bezbolesne skurcze, które przechodziły, by wrócić za dwa, trzy dni. Tego wieczoru były także bezbolesne, ale zaczęły się powtarzać w odstępach co około 10 minut. Myślałam, że to także tylko zapowiedź czegoś, co nadejdzie w następnych dniach – bo przecież  nie boli. Mąż na wszelki wypadek zaczął dopakowywać torbę, a ja zadzwoniłam do położnej Kasi, z którą byłam umówiona. Była godzina 19:30. Dostałam polecenie wejścia do wanny i potwierdzenia za pół godziny, czy skurcze się nasilają. Jeśli tak, to o 22:30 spotkamy się w szpitalu.
Po dziesięciu minutach w wannie miałam skurcze co dwie i pół minuty i wrażenie rozpierania miednicy nie pozostawiało wątpliwości – TO JUŻ. Zadzwoniłam do położnej i ustaliłyśmy, że spotykamy się w szpitalu o 21:00.
Musiałam wyjść z wanny – potrzebowałam miejsca, żeby się ruszać. Poprosiłam męża, żeby pogasił światła, bo na ich widok i przy każdym dźwięku innym niż ludzki głos robiło mi się niedobrze. Przeszłam niemal po omacku do pokoju, w którym usiadłam na piłce, kupionej kilka tygodni wcześniej specjalnie na tę okazję. Miałam wielką potrzebę poruszać się, a z drugiej strony było mi już tak niedobrze z bólu, że miałam wrażenie, że żaden ruch mi nie pomoże. Ale ruszałam się dalej i powoli ubierałam. Była godzina 20:20. Wybrałam numer do położnej, po czym przekazałam słuchawkę mężowi, jęcząc: „powiedz, w tej chwili, JEDZIEMY! Nie wyrabiam!”. Chwilę później wychodziliśmy z domu. Wtedy przerwa między skurczami trwała może 20 sekund. Akurat udało mi się zejść po schodach, po czym na ulicy oparłam się o latarnię, zajęczałam z bólu i w kolejnej dwudziestosekundowej przerwie doczłapałam się do samochodu. W szpitalu na Żelaznej byliśmy o 20:50. Chwilę po nas wpadła zziajana położna, która od razu zaciągnęła mnie na badanie. Byłam jednym wielkim skurczem. Wyjęczałam, że moja wytrzymałość się kończy i proszę znieczulenie. Kasia zbadała mnie i powiedziała: „Dziewczyno, jakie znieczulenie?! Ty masz dziewięć centymetrów, biegniemy na porodówkę!”  Do tej chwili wszystko działo się dla mnie tak szybko i tak niespodziewanie, że dziś wspominam pierwszy okres porodu tak, jakbym znajdowała się poza nim, jakbym była tylko jego obserwatorką.
Po wejściu na porodówkę miałam już skurcze parte. To była ulga. Kasia poprosiła mojego męża o napuszczenie wody do wanny i powiedziała, żebym wchodziła – będę rodzić do wody. Ukucnęłam w wannie. I wtedy poczułam się naprawdę obecna, tu i teraz. Światła były zgaszone, świeciła się tylko mała lampa gdzieś za rogiem. Plusk wody. Szept położnej: „Aniu, jak poczujesz skurcz to przyj, a teraz odpoczywaj”. I moje stęknięcia. „Aniu, teraz nie tak mocno. Przyj tak, jakbyś kasłała. Żebyś nie popękała”.
Piecze, ale jest mi przyjemnie. To nie orgazm, ale uczucie bardzo bliskie temu, jak kochaliśmy się po raz pierwszy. Ból, uczucie napierania, ale też przyjemność.
Moja prośba do męża: „Kochanie, pomasujesz mi plecy? Albo nie, w sumie wcale tego nie chcę. Dziękuję.” I nagle przypomniałam sobie te wszystkie opowieści o kobietach wrzeszczących na partnerów podczas porodu i obrzucających ich obelgami. Zupełnie dla mnie niezrozumiałe. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że chcę, żeby mąż był przy NARODZINACH NASZEGO DZIECKA, a nie przy tym, jak JA RODZĘ  Do tego potrzebowałam wsparcia zaufanej KOBIETY.
„Aniu, jeszcze raz popchnij.”
„To twój syn.”
Mój syn na moich piersiach. Jedno krzyknięcie i spokój, przyglądamy się sobie, leżymy w wannie. Jeszcze nigdy nie dotykałam czegoś tak miękkiego, tak delikatnego jak Jego skóra. Moje dziecko czołga się po mnie i ziewa. To ziewanie wzruszyło mnie wtedy najbardziej.
Nie wiem, ile to trwało. Dla mnie mogło trwać całą wieczność, choć podobno od wejścia na porodówkę do przyjścia naszego syna na świat minęło 9 minut. Urodził się o 21:09.
Leżymy w wanie, nic się nie dzieje, cisza. Mój mąż przy nas, patrzy. Położna coś robi, coś mu podaje.
„To co, teraz mam jeszcze urodzić łożysko?” „Mhm.” Jedno pchnięcie i jest – śliskie, czerwone, wielkie. Zaskoczył mnie jego wygląd.
Tata odcina pępowinę. Oddaję dziecko tacie, który w milczeniu przytula je. Widzę jego smutną bezradność, kiedy nasz syn zaczyna popłakiwać, a on nie jest w stanie go uspokoić. Do tej pory w życiu mogłam się czuć potrzebna, okazywano mi to, lepiej lub gorzej. Ale w tym momencie WIEM, że jestem komuś potrzebna jak powietrze. I niezastąpiona. Nawet druga, tak samo wielka miłość jak moja, nie może mojej zastąpić.
Biorę prysznic, ubieram się w czystą koszulę. I od tego momentu jestem gotowa, by poddać się procedurom szpitalnym.
Dopiero pół roku po porodzie dowiedziałam się, że rodzącym przybywającym do szpitala rutynowo zakłada się wenflon, że robi się ktg, mimo że wszystko idzie dobrze. I że często podaje się oksytocynę przed urodzeniem łożyska. Tego zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć – po co? Jakbyśmy chcieli asekurować pierwszy krok sportowca na chwilę po zwycięstwie w maratonie.
Cieszę się, że przyjechałam do szpitala w ostatniej chwili.
Następnego dnia przyszła do mnie lekarka i powiedziała: „A, to pani tak szybko urodziła, że nawet nie zdążyłam zajrzeć na porodówkę.” Uśmiechnęłam się, ale pomyślałam – po co? Przecież nie przyjechałam jako chory pacjent.
Przed porodem byłam mentalnie przygotowana na minimum cztery godziny wycia z bólu (zewsząd dopadały mnie informacje o tym, że pierwszy poród nigdy nie trwa krócej). Zupełnie nie byłam przygotowana na prośbę zwolnienia tempa; na przygodę; na to, że ten poród będzie przyjemny i będzie naprawdę MÓJ, a nie taki, jak jakaś część statystyk. I przede wszystkim nie spodziewałam się tego, że to nie tylko przyjście na świat nowego człowieka – ale to narodziny zupełnie nowej mnie. Wydarzenie, które zmieni moje życie. I jestem niewypowiedzianie wdzięczna Bogu, sobie i osobom, które mi towarzyszyły, że było to dla mnie wydarzenie tak pozytywne. Dzięki mojemu porodowi (nie macierzyństwu) zaczęłam ufać mojemu ciału. Dostrzegać jego piękno. Stałam się bardziej pewna siebie w spokojny, wyciszony sposób, niewymagający wykazywania czegokolwiek. Seks jest dla mnie dużo większą przyjemnością. Wiem, że moje ciało nie jest gorsze, wtórne w stosunku do umysłu. To może łatwo powiedzieć, ale wydaje mi się, że to prawdziwy dar – móc tego doświadczyć, WIEDZIEĆ to, funkcjonując w naszej kulturze.
Niedługo na świat przyjdzie nasze drugie dziecko. Jeszcze nie wiem, czy zdecyduję się na poród w domu, czy będę rodzić w szpitalu. Ale wiem na pewno, że podczas tego porodu to ja będę najbardziej kompetentną osobą, najlepiej przygotowaną do tego, by wydać je na świat. Gdyby miało być inaczej – ktoś inny byłby teraz w ciąży.
Anna