Bardzo lubię czytać o porodach. Dobry poród jest manifestacją kobiecej siły, często wydarzeniem zmieniającym życie, dodającym wiary w siebie. I tak jak lubię wspominać swój drugi poród, traktując to wspomnienie jako wzmacniające źródło, tak samo lubię czytać o porodach innych kobiet.
Dlatego bardzo lubię książki Ireny Chołuj, które są dla mnie prawdziwym balsamem. Wiele wspaniałych kwadransów spędziłam nad książką Iny May Gaskin. A teraz dostałam do czytania autobiografię Jeannette Kalyty „Położna. 3550 cudów narodzin”.

Trafiło na moją chorobę, to był dobry moment. Zaczęłam czytać ok. 23:00 leżąc w łóżku i czytałam do 2 nad ranem. Dokończyłam po śniadaniu. Książka jest objętościowo nieduża, podzielona na niekiedy bardzo krótkie rozdziały. Czyta się błyskawicznie. Nie znajdziecie tu solidnej dawki wiedzy, jak u Ireny Chołuj czy Iny May Gaskin. Porody opisane przez Jeannette Kalytę są przeróżne, od bardzo dramatycznych po spokojne i  nie wiem, czy poleciłabym tę książkę kobiecie w ciąży.
To co moim zdaniem jest największą wartością tej książki, to pokazanie jakie zmiany zaszły na polskich porodówkach. Opis pierwszego porodu, który przyjmowała w szpitalu Jeannette Kalyta, opis jej własnego pierwszego porodu – to historie bulwersujące.
Wierciły się na swoich posłaniach, choć nic nie wskazywało, że u którejś rozpoczęła się akcja porodowa. Dlaczego nie mogą wstać, pochodzić, poruszać się? Wyjaśniły mi, że w nocy w izbie przyjęć zabrakło szlafroków i wskazały na swoje krótkie koszule.
– Nie chodzicie nawet do toalety? – zapytałam
– W nocy na korytarzu było pusto, więc można się było przemknąć. Teraz jest jak na Marszałkowskiej. – tłumaczyła jedna z nich.
– Prosiłyśmy położną o szlafroki, ale stwierdziła, że i tak zaraz idziemy rodzić. A z łóżka na sali porodowej przecież się nie wstaje, nie można. Po porodzie dostaniemy długie koszule. – dodała druga.
Chyba w nagrodę, pomyślałam. Pożyczyłam im swój szlafrok, dzięki temu mogły przynajmniej pójść do toalety.
Śmieszno i straszno. Pamiętam jak jedna ze słuchaczek podyplomowych Gender Studies które studiowałam opowiadała o swoim porodzie w latach osiemdziesiątych. Mówiła o tym, jak weszła na blok porodowy i od razu zaczęła się rozglądać jakby z niego uciec, urodzić, zabrać dziecko i w nogi, jak najdalej od tego strasznego miejsca.

Wyd. Otwarte
Dziś na porodówkach bywa różnie. Ale nie jesteśmy już golone wielorazowymi maszynkami, możemy pić (a niekiedy i jeść) w czasie porodu, nikt nie zakazuje nam wstawania, możemy rodzić w swoim ubraniu a nie szpitalnej koszuli do pępka. Mamy dziecko przy sobie po porodzie, możemy rodzić z kimś bliskim. Nawet jeśli nie jest idealnie, to jednak trudno nie dostrzegać skoku cywilizacyjnego jaki miał miejsce od czasu, gdy rodziły nas nasze dzielne matki. Poza tragicznymi wypadkami – można przyjąć, że kobiety zaczęły być traktowane jak ludzie.
Moja Mama urodziła mnie w szpitalu św. Zofii, w połowie lat osiemdziesiątych. Jestem jej wdzięczna za to, że nie opowiadała mi za dużo o moich narodzinach, nie straszyła mnie. Nie znam żadnych szczegółów. Ale rodząc w tym samym szpitalu swoją córkę miałam świadomość, że te dwadzieścia kilka lat jakie dzieli nasze porody to epoka. Czułam się jak królowa rodząc w wannie pełnej ciepłej wody, a nie na stole porodowym pokrytym zimną ceratą.
Ogromna w tym zasługa tak zdeterminowanych położnych jak Jeannette Kalyta właśnie, siły jaką miała akcja Rodzić po Ludzku i jaką ma Fundacja. To wszystko nie zrobiło się samo, a położnicy nagle nie odkryli, że w sumie nic się nie stanie, jeśli położy się noworodka na brzuchu matki. To są efekty ciężkiej i konsekwentnej pracy, dzielenia się wiedzą, tłumaczeń opartych na twardych danych.
Za to należy się wdzięczność.
„Położna. 3550 cudów narodzin” to lektura, która pod pozorną lekkością narracji niesie w sobie ważny przekaz: kobieta która rodzi, nie jest pacjentką, tylko kobietą, która rodzi. I tak należy ją traktować. Niby proste, a jednak nowatorskie.