Usypianie Panienki było dla mnie wielką lekcją cierpliwości. Pisałam o tym na blogu już wielokrotnie – to świadczy o tym, jak ta sprawa mnie poruszała. Pamiętam dwugodzinne sesje wieczorne, kiedy Starszak zasypiał bez przeczytanej bajki. Pamiętam siedzenie z nią w fotelu i czekanie, aż zaśnie na tyle mocno, że będę mogła ją odłożyć. I pamiętam te wieczory, kiedy stwierdzałam, że w sumie, moje plany wcale nie są tak ważne, bo jedyne co mogę zrobić, to położyć się spać razem z Panienką.
To były duże lekcje pokory.

I nie, nie żałuję tego, że Panienka nie była nigdy dzieckiem, które po odłożeniu do łóżeczka od razu zasypiało. Nie żałuję tych długich kwadransów kiedy stałyśmy w oknie i oglądałyśmy gwiazdy. Kiedy zaczęłam pracować to usypianie było często jedynym momentem, kiedy mogłam z nią naprawdę pobyć. I czasem, zdarzało się, że nawet jeśli Ojciec Dzieciom wyrażał chęć usypiania jej, to przynajmniej na trochę wolałam z nią zostać. Albo usypialiśmy ją we dwoje, kiedy Starszak już zasnął.
Chociaż nie ukrywam, cierpliwość i akceptowanie tego, co się dzieje tu i teraz – tego przy tym usypianiu nieźle się nauczyłam (chociaż ciągle za mało).
A wiecie, jak usypianie wygląda teraz?
Po kolacji i kąpieli czytanie książek. Potem Panienka mówi „połóż się koło mnie”. I ledwo człowiek się dobrze umości, mówi „już wystarczy, idź już”. Całusy, gaszenie światła i cześć.
Za pierwszym razem nie mogłam wyjść ze zdumienia. Teraz jestem już trochę przyzwyczajona. Co więcej, wspominam jak to kiedyś wyglądało i myślę, że było, minęło. Jak to szybko zleciało.
I to właśnie jest dla mnie największą nauką. Wszystko mija, czas płynie, dzieci rosną. Jedyne co można, to korzystać z tego, że nas potrzebują. Bo potem powiedzą „już wystarczy, idź już” :)