Słyszałam kiedyś radę, by kupować
tylko jedzenie, którego każdy pojedynczy składnik jest również
jedzeniem. Wydała mi się szalenie rozsądna, problem pojawił się po wejściu do sklepu. Większość składników stanowią dodatki do tego, co powinno być podstawą. Kapusta kiszona w folii nie składa się z kapusty i soli. Śmietana zawiera gumę guar, mączkę chleba świętojańskiego i kilka innych składników, o których istnieniu nie ma pojęcia moja Babcia, która osobiście śmietanę robiła z mleka od własnych krów.

Książka Julity Bator to zapis jej poszukiwań i odkryć w dziedzinie zdrowego odżywiania, uzupełniony przepisami i tabelami z m.in. chemicznymi dodatkami do żywności i opisem ich szkodliwego działania. Autorka, mama trójki dzieci które od pierwszych miesięcy życia zajmowały się głównie braniem antybiotyków, doszła do wniosku, że coś jest nie tak. Słusznie, ludzkość by nie przetrwała, gdyby była w tak fatalnej kondycji. Bator krzyknęła „eureka!” po wakacjach na Krecie, kiedy to jej dzieci, pomimo poluzowania dietetycznego reżimu, pozostawały zdrowe, zadowolone i bez wyprysków. Czyżby jednak nie były uczulone na WSZYSTKO? Okazało się, że nie. Julita Bator zaczęła studiować literaturę i modyfikować dietę swojej rodziny. Wystarczyło wyrzucić sztuczne barwniki i konserwanty, by życie wszystkich stało się przyjemniejsze.
Książka napisana jest językiem bardzo lekkim i bardzo przystępnym, lektura zajęła mi weekend. Jednak lekkość tonu nie równa się lekkości tematu. Sprawa jest poważna. Autorka rozprawia się z mitem, że istnieją dwa bieguny, odżywianie niezdrowe oraz drogie ekologiczne jedzenie certyfikowane. Jest jeszcze coś pomiędzy. Można jeść warzywa sezonowe, piec chleb w domu, zamiast płatków na mleku podawać domową granolę, samemu piec szynkę i robić przetwory. W dobie robotów kuchennych, automatów do pieczenia chleba, blenderów i elektrycznych maszynek do mielenia – przy odrobinie organizacji i zaangażowaniu całej rodziny można sporo zdziałać. A jak się nad tym zastanowić – to ludzie jedzą za dużo, więc jeśli kupować mniej, ale rzeczy lepszej jakości, to wcale nie wyjdzie nas to drożej. Zaoszczędzimy też na lekach…
Julita Bator jest germanistką, nie dietetyczką, więc nie należy tej książki traktować jak podręcznika, tylko jako zbiór subiektywnych opinii. Nie ze wszystkimi jej uwagami się zgadzam. Nie mam tak radykalnego zdania na temat GMO (polecam artykuł o złotym ryżu w zeszłotygodniowym numerze Polityki) i nie uważam, że dzieci należy oszukiwać przemycając im kaszę w postaci zmiksowanej, w zupie. Autorka pisze tak, jakby wszystkie dzieci nienawidziły warzyw i kasz (poza kaszkami dla niemowląt, które w książce dziwnie występują obok), co chyba nie jest prawdą. Jest zwolenniczką brania suplementów diety, do czego wielu specjalistów odnosi się krytycznie. Jedno z jej zdań dotyczących karmienia piersią zrobiło na mnie mocne wrażenie (oraz na czytającym tę książkę moim znajomym, mężczyźnie w średnim wieku, który wyłowił je z morza tekstu i aż przeczytał na głos) i muszę sprawdzić jego prawdziwość u specjalistów – bo robi bardzo słaby PR mleku matki.
Ale pomimo niedociągnięć to bardzo pożyteczna lektura, która moim skromnym zdaniem powinna zagościć na półce w każdym domu, w którym zdrowie uważa się za wartość. To książka, której przeczytania naprawdę może otworzyć oczy.
Nie ma obowiązku robienia rewolucji, zmiany w diecie można wdrażać powoli. Ważne, by to robić inwestując w zdrowie swojej rodziny. Lektura tej książki może być dobrym tego początkiem. A jeśli chcecie sobie ułatwić sprawę już od początku – rozważcie BLW.