Panienka chodzi do osiedlowego klubiku, do którego musi przynosić swoje śniadanie. Myślałam, że to specyfika prywatnych placówek (a i nie wszystkich, nasz żłobek zapewniał śniadania), ale niedawno dowiedziałam się, że są przedszkola państwowe, do których dzieci muszą przynosić swoje śniadania.
Na początku wydawało mi się to sporym wyzwaniem. W domu na śniadanie jemy w zasadzie ciągle to samo – kaszę jaglaną z dodatkami. To jest tak smaczne i zdrowe, że nie szukamy alternatyw. Czasem w weekend pokuszę się o smażenie pancakes, czasem ktoś zajęczy o zupę mleczną (brr). Ale niestety, jaglanka taka, jaką robimy w domu nie nadaje się na śniadanie przedszkolne.

Szczęśliwie w ramach Klubu Mam Ekspertek dostałam do testów pudełko śniadaniowe Goodbyn, duże, z trzema przegródkami, i poczułam się zmobilizowana, żeby je jakoś zapełniać. Zdrowo, kolorowo, różnorodnie. Starszak zabiera do szkoły nieco mniej, ale zestaw w zasadzie podobny do siostrzanego.
  © Koralowa Mama

W domu zawsze mamy bakalie, więc codziennie Panienka dostaje garść jakichś drobiazgów, w zależności od tego, co jest na stanie. Rodzynki, suszone daktyle, orzechy, żurawina, pestki słonecznika. W sam raz do najmniejszej przegródki.
Druga przegródka to zazwyczaj miejsce na pokrojone jabłko lub marchewkę pokrojoną w zapałki. Albo ugotowany makaron bez niczego, różyczki kalafiora, fasolkę szparagową. Dobre na zimno, wygodne do złapania rączką.
W trzeciej pojawiają się kanapki. Żeby nie umrzeć z nudy robimy pasty kanapkowe. Nasz ostatni przysmak to pasta z czerwonej fasoli, Ojciec Dzieciom wyspecjalizował się w humusie. A jeśli nie kanapki? Czasami sypię tam płatki owsiane błyskawiczne i dodaję bakalie. Pani w przedszkolu przesypuje to do miseczki, zalewa wrzątkiem i gotowe. Co jeszcze? Poniżej kilka propozycji:

 

Możliwości jest jeszcze więcej. Nie chciałoby mi się niczego robić gdyby miała to jeść tylko jedna osoba, a że rodzic też człowiek i jeść musi – porcję placków czy muffiny warto zabrać do pracy. Czasami nie mamy wieczorem siły, żeby przygotować coś sensownego i nazajutrz wrzucamy do pudełeczka coś zupełnie bez polotu. Mam wtedy w pamięci słowa naszego pediatry, że nie należy patrzeć co dziecko je w czasie jednego dnia, ale co je przez tydzień i w ten sposób robić bilans. To mnie uspokaja :)