Głównym argumentem zwolenników karmienia piersią jest to, że dzieci karmione piersią są zdrowsze, bardziej inteligentne i (w domyśle) ładniejsze. Ok, z tym ostatnim to żart. Rodzice dzieci karmionych butelką mają na to swoje kontrargumenty.
Moje dzieci od początku na butelce i są najzdrowsze w przedszkolu!,
Ja jadłam mieszanki i jestem zdrowa, a mój mąż karmiony piersią jest uczulony na wszystko!,
Mój syn karmiony piersią ciągle ma katar, a córka butelkowa jest zdrowa jak rydz. Znamy? Znamy.
Przekonują nas, że karmiąc piersią sprawimy, że nasze dzieci osiągną więcej, będą miały lepiej.
Otóż nie.

Dzieci karmione piersią będą miały dokładnie tyle, ile potrzebują. Nie mniej, nie więcej. Optymalnie. Na miarę. Żadnych bonusów od losu. No, może poza znacznie zwiększoną ilością czasu spędzonego na przytulaniu.

Za to, jak się rozwijamy, jak wygląda nasze zdrowie odpowiadają czynniki genetyczne i środowiskowe. I to jest podstawowa sprawa. Nie da się zrobić z kucyka konia wyścigowego. Takie geny, takie predyspozycje, takie możliwości. Ale można z niego zrobić najpiękniejszego, najbardziej sprawnego z kucyków.
Moją teorię związaną z wpływem karmienia na rozwój dzieci nazwałam teorią drzewa. Wyobrażam sobie, że każdy człowiek to jakieś drzewo. Rodzi się z określonym potencjałem, który przy sprzyjających warunkach może w pełni wykorzystać. Można urodzić się sosną, można brzozą, dębem albo karłowatą jabłonką. Można sekwoją i można drzewem oliwnym. Ale kiedy rodzi się dziecko, nikt nie wie jakim jest drzewem.
Dziecko karmione piersią ma większe szanse na osiągnięcie swojego potencjału niż dziecko karmione sztuczną mieszanką. To kontrowersyjne i niemiłe dla wielu osób, ale udowodnione. To jednocześnie wcale nie oznacza, że dziecko karmione mlekiem matki będzie idealnie zdrowe. Być może urodziło się brzózką i dzięki karmieniu piersią stanie się niczym więcej, tylko delikatną brzózką. Jego kolega, urodzone sekwoją i karmiony mieszanką, stanie się dębem. Całkiem niezły wynik, można powiedzieć. Ale nie osiągnęło swojego potencjału zostania sekwoją.
Rzecz w tym, że nikt nie zna tego potencjału więc argument „był karmiony mieszanką i proszę, jaki ładny i zdrowy urósł!” aż ciśnie się na usta. Spotykam się czasem z wypowiedziami rozżalonych mam, które mówią, że tak bardzo walczyły o karmienie, tak się z tym męczyły i na darmo – dziecko ma alergię. Karmienie go nie uchroniło. Nie wiemy jednak, jaki byłby stan zdrowia tego dziecka, gdyby było pozbawione mleka matki. Nigdy się tego nie dowiemy. Możemy tylko stwierdzić, że miało większe szanse na osiągnięcie tego, na co zostało zaprogramowane.
Tu wchodzą też do gry czynniki środowiskowe. To, gdzie mieszkamy, ile zanieczyszczeń jest w powietrzu, którym oddychamy, co wydziela z siebie wykładzina w pokoju, co jest w jedzeniu, które jadła mama w ciąży i tak dalej, i tak dalej. Na niektóre z tych rzeczy mamy wpływ. Na niektóre nie.
To, co można zrobić, to karmić piersią nie obiecując sobie, że to lekarstwo na całe zło. To bardzo piękny, bardzo ważny element naszych starań, by dać dziecku to, co najlepsze. Ale po pierwsze, jeden z wielu. A po drugie, nie magiczny, chociaż przecież nie do wyprodukowania w warunkach laboratoryjnych.

Piszę o tym wszystkim, bo niepokoją mnie opinie, że dzieci karmione piersią są zdrowsze od karmionych mieszanką. To nie jest prawda, chociaż dobrze brzmi. Lepiej stawiać sprawę inaczej. Dzieci karmione piersią mają większe szanse na osiągnięcie pełni swojego potencjału. Ale my musimy się pogodzić
z tym, że go nie znamy.