Porter bébé… en toute simplicité! czyli w moim, wolnym tłumaczeniu „Noszenie dziecka…po prostu!”. Nie wiem, co na to moja pani od francuskiego, ale niech usprawiedliwi mnie zbliżająca się migrena…W każdym razie tym zdaniem reklamuje się Tongę, nasze nowe nosidło. Jest to pomysł i produkt francuski, od jakiegoś czasu dostępny w Polsce. Słyszałam o Tondze już dawno, a dopiero teraz, przed wyjazdem na wakacje pomyślałam o tym, żeby ją kupić. To był świetny pomysł!

© Koralowa Mama

Czym jest Tonga? To pas bawełnianej siatki, nasuwającej skojarzenie z siatką na zakupy, którą znamy z dawnych lat.

Pomysł, jak wszystkie najlepsze, jest genialny w swej prostocie. Tongę można wsadzić do kieszeni, a kiedy młodzieży zmęczą się nóżki, przełożyć sobie przez ramię, posadzić znużonego piechura i iść dalej.
© Koralowa Mama
Tonga na wakacjach sprawdziła nam się fantastycznie. Zdecydowaliśmy, że zabierzemy ze sobą nasze MT od Madame GooGoo oraz Tongę. Panienka wykazuje już daleko posuniętą samodzielność, więc kiedy tylko może, chodzi sama, niekoniecznie za rączkę. Dlatego z MT skorzystaliśmy tylko jednego dnia, w czasie naszej górskiej wycieczki. Wtedy Panienka smacznie spała, kiedy jej zlany potem ojciec wnosił ją przez 1,5 godziny pod górę, a na nasze oko w słońcu było wtedy ze 100 stopni ;) W czasie zejścia Panienka też spała, a zrobiła sobie przerwę na pobrykanie przed jaskinią, która była celem naszej wyprawy – w jaskini też by pobrykała, gdyby nie respekt jaki poczuła w środku :)
Wracamy do Tongi. Wszystkie spacery odbywaliśmy z nią w kieszeni. Kiedy tylko Panienka robiła się śpiąca – sama mówiła „do tongi…” i zasypiała z główką opartą o pierś. Jak pisałam wcześniej – spacery z Panienką w Tondze były wieczornym rytuałem. My rozmawialiśmy, a ona zasypiała.
Tonga doskonale spisała się w upały – lekka, jakby jej nie było. Nie było mowy o tym, by którejś ze stron zrobiło się zbyt gorąco. Nosiłam w chuście i nosidle w największe upały i wiem, że to jest ok, bo temperatury ciała noszącego i dziecka zgrywają się ze sobą, ale kiedy jest bardzo gorąco, to człowiek raczej nie dąży do bliskiego kontaktu z innym generatorem ciepła. Tonga daje ten komfort, że dziecko będąc blisko, nie jest przyklejone do ciała. Dziecku nie jest gorąco, bo styka się z niedużą w sumie powierzchnią nosidła, które na dodatek jest siatką.
Ale tu dochodzimy do najważniejszej sprawy. Wbrew informacji na metce z której wynika, że nosić można już małe niemowlęta, moim zdaniem jest to nosidło do używania tylko z samodzielnie i pewnie siedzącym dzieckiem. Ulotka prezentuje różne warianty ułożenia, łącznie z poziomym, ale nie czuję się tym przekonana. Tonga spisuje się świetnie przy spacerach z dzieckiem, którego kręgosłup nie potrzebuje już totalnego podtrzymania. Noszenie zupełnych maluszków zostawmy chustom.
© Koralowa Mama
Czy Tonga ma wady? To zależy, jak do niej podejść. Jeśli oczekujemy nosidła na długie wyprawy, możemy się zawieść. Tonga działa podobnie jak chusta wiązana kółkowa, gdy dziecko nosimy na biodrze. W czasie noszenia ciężar nie rozkłada się równomiernie, dlatego przy stałym obciążeniu tylko jednej strony trudno oczekiwać długotrwałego komfortu. 12 kilogramowej Panienki nie nosiłam dłużej niż 30 – 40 minut. Tongę moim zdaniem należy traktować po prostu jako nosidło wspomagające, doskonałe przy dzieciach, które już chodzą, ale potrzebują się czasem zresetować u opiekuna. Dziecko należy podtrzymywać (albo raczej – asekurować) jedną ręką przez cały czas, dlatego Tonga nie daje tak totalnej wolności jak chusta czy nosidło. Ale daje jej bardzo dużo, bo przy odpowiednim ułożeniu nosidła można spokojnie ręką podtrzymującą manewrować – coś potrzymać, albo zmieniać jej ułożenie. Ja często musiałam podtrzymywać opartą na mojej piersi główkę :)
W Tondze można karmić, można dziecko uśpić, można przenieść z punktu A do punktu B, można przytulić na spacerze. Przede wszystkim, przy jej kompaktowych rozmiarach, można ją mieć zawsze i wszędzie przy sobie. Nasza chusta to kawał szmaty (solidnej szmaty!), a MT jakkolwiek znacznie mniejszy od przeciętnego wózka ;) nie osiąga jednak rozmiarów zwiniętej Tongi.
© Koralowa Mama
Z tego, co się zorientowałam, Tonga występuje albo w wersjach rozmiarowych, albo regulowana. W związku z tym, że Ojciec Dzieciom waży ponad 30 kg więcej ode mnie i ma ponad 20 cm więcej niż ja, zdecydowaliśmy się na regulowaną. Chwilę musiałam się zastanowić jak mam zmniejszyć Tongę do moich potrzeb, ale tylko dlatego, że regulacja zaskoczyła mnie swoją prostotą.
Na wielu zdjęciach pokazujących noszenie w Tondze można zobaczyć pas przechodzący blisko szyi noszącego, tak jak tu:
Z naszych doświadczeń wynika, że zdecydowanie wygodniej nosi się, gdy pas przechodzi przez szczyt ramienia, tak jak tu, albo nieco wyżej:
Ale tu wszystko zależy od preferencji noszącego. Ważne jest, żeby siatka na dole była rozciągnięta równomiernie, jak najdalej w stronę dołów podkolanowych dziecka. Należy wykorzystać to, jak pracuje materiał Tongi.
I co jeszcze? Moim zdaniem to fajny wynalazek, praktyczny, sprytny, ułatwiający życie. Na wakacjach trochę nie umiałam sobie wyobrazić życia bez Tongi. I bardzo cieszyło mnie to, że noszona od 3 czy 4 doby życia Panienka przyjęła Tongę jako coś najnaturalniejszego na świecie, ot, znowu będzie noszona. I ciągle to lubi :)