To był dzień.
Babcia Wisienka (czyli moja Mama), Panienka i ja. Cały dzień razem, cudownie intensywnie.
Najpierw pojechałyśmy na plażę nad Wisłę. Gorący piasek, woda… Uwielbiam w Warszawie to, że rzeka jest rzeką – zielony, dziki brzeg z prawej strony jest wspaniały. W pięknych stolicach europejskich które widziałam rzeki są inne, ucywilizowane. I być może bardziej „należą” do miasta, ale siedzieć na dzikiej plaży w środku Warszawy, to jest coś. Całe rodziny, dzieci, psy, emeryci, młodzież… Wesoło, swobodnie, beztrosko.
Prosto z plaży popłynęłyśmy promem Wilga na Podzamcze. Promem! ZTM! Za darmo! Było super.

Potem przespacerowałyśmy się z Nowego Miasta ku Uniwersytetowi – na Starówce tłum kosmiczny, szybko uciekłyśmy. Panienka dzielnie maszerowała prawie cały czas sama, a potem zasnęła w MT. Zjadłyśmy obiad w Sklepie z Kanapkami, sałatka z parmezanem ♥ i spacerkiem poszłyśmy do Muzeum Etnograficznego. Tam obejrzałyśmy wystawę (Panience podobały się konie na biegunach, trochę bała się masek, a mi podobało się wszystko) i wstąpiłyśmy do klubokawiarni Bílý Koníček na espresso ( pyszne) i florentynki (średnie). Kawiarnia jest cudna i na pewno tam wrócę, bo wierzę, że inne słodkości mają lepsze, zwłaszcza, że kiedyś zachwycili mnie ciastami na swoim stoisku w czasie Targów Książki. Kawiarnia ma tę wadę, że można w niej również kupić pamiątki i książki. To wada, tak z przymrużeniem oka, bo męczę się strasznie w takich miejscach – kupiłabym WSZYSTKO. Tym razem bardzo się powstrzymywałam i wyszłam z tylko jedną książką, „Dzień cukierka bez papierka.”

 

***
Dzień zakończyłyśmy udziałem w Marszu Pamięci. To zestawienie może wydać się niestosowne, ale… był gorący, piękny dzień. Byłyśmy wesołe i beztroskie i mogłyśmy iść gdzie tylko nam się podobało. MY mogłyśmy. Jesteśmy wolne jak ptaki i naprawdę – my nie mamy problemów.
Jutro minie 71 lat od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej getta warszawskiego. Na naszej złotej wstążce wypisano imię Liwsza. Na jednej z kart z historiami przeczytałam:

Róża Azrylewicz- Sztokman była wychowanką, a potem długoletnią intendentką w Domu Sierot Janusza Korczaka. Wyszła za Józefa Sztokmana, pracownika administracyjnego w internacie Korczaka, także jego wychowanka. Poszła na Umschlagplatz 5 sierpnia 1942 roku wraz ze wszystkimi podopiecznymi Domu Sierot, mężem, pięcioletnią córeczką Romcią i bratem Henrykiem.

Wśród ofiar była jakaś babcia Wisienka, jakaś Koralowa Mama i jakaś mała, słodka Panienka. Też było pięknie i gorąco. No więc to dla ich pamięci, dla ich nieistniejących grobów poszłyśmy.