Kiedy tylko wydawnictwo Mamania* zaprezentowało swoją nową książkę, trochę się od niej odwracałam. O nie myślałam tylko nie o zabawie, nie znoszę się bawić… 
Nie ukrywam, że nie jestem w tym dobra, a do tej pory namawianie mnie na zabawę kończyło się sukcesem rzadziej niż polskie filmy są nominowane do Oscara. Ale jakoś w końcu uległam i kupiłam tę książkę. Stwierdziłam, że muszę być uczciwa i skoro namawiam innych do przełamywania swoich uprzedzeń, poszerzania wiedzy i korzystania z mądrości innych – sama muszę to robić…
I wiecie co? Dość szybko poczułam, że Lawrence Cohen to człowiek, którego mi było trzeba.

Drugi cel zabawy pozwala więc spełnić naszą niewiarygodną – niemal pozbawioną dna – potrzebę przywiązania, czułości i bliskości. s. 15
Wiem i widzę, że moje stresy i frustracje nie działają dobrze na dzieci, zwłaszcza na Starszaka. I wiem, że czasem powinnam odpuścić, nie myśleć o brudnej podłodze w łazience, stercie prania, zaległościach w czytaniu itd i po prostu odetchnąć. Dlatego z ulgą przeczytałam to zdanie:
Tak naprawdę musimy zapewnić dziecku bezpieczeństwo i postawić obiad na stole – poza tym ono chce i potrzebuje tylko tego, żebyśmy się rozluźnili. s. 27
Chyba najważniejszym jednak z całej książki, a wierzcie mi, zaznaczyłam ich sobie wiele, jest to zdanie. Myślę, że to klucz do zrozumienia, czym jest zabawa z dziećmi.
Żadne dziecko nie powie: „Miałem dzisiaj ciężki dzień w szkole. Czy możemy o tym porozmawiać?”. Zamiast tego zapyta, czy pójdziemy się z nim pobawić. s. 27
To było naprawdę mocne uderzenie, jakby autor mówił do mnie.
No i jakoś zaskoczyło. Zaczęłam wprowadzać metody Cohena, powolutku, ostrożnie, na próbę. Czy ja w ogóle umiem to robić? Raz zadziałało, drugi raz zadziałało, trzeci raz nie, czwarty raz znowu sukces, za piątym razem wściekłam się zamiast bawić…Ale staram się. Mam ogromne zaległości w tym temacie, ale metafora pustego kubka, którą wykorzystuje Cohen, jest tak obrazowa, że bardzo się staram kubeczki moich dzieci napełniać, a nie opróżniać. I teraz już bardziej świadomie. Chociaż ideał ze mnie żaden.
Książkę czytałam długo, chociaż jest łatwiejsza w odbiorze niż genialne publikacje Juula. Cohen ma lżejszy styl, jest bardziej, po amerykańsku, bezpośredni. Ale ilość tematów, zagadnień, przypadków i różnych dziecięcych kłopotów jest tak duża, że nie dałam rady czytać tego szybciej. Momentami czułam znużenie czytając kolejne strony o sprawie, która nas nie dotyczy, ale brnęłam dalej, przeczuwając, że dalej będzie coś dla mnie. I zawsze było.
Lawrence Cohen pisze o bliskości, jaką daje zabawa. O budowaniu więzi, o kontakcie fizycznym – od początku. Każde dziecko potrzebuje przytulania. Jeśli Wasze dziecko nie lubi się przytulać – pracujcie nad tym. Ono tego potrzebuje, ale coś mu przeszkadza. Cohen pokazuje, jak sobie z tym poradzić. Widzę po Starszaku, jak ważna jest fizyczna bliskość. Jak uwielbia usiąść mi na kolanach i wtulić się we mnie. Lubi trzymać mnie za rękę (jak kumple nie widzą), lubi jak daję mu buziaki.
Bardzo podoba mi się, że Cohen porusza kwestię rodzicielskich frustracji. Jak poradzić sobie ze zmęczeniem, jak zmusić się do zabawy, kiedy po całym dniu w pracy naprawdę nie ma się na nią ochoty. Jak zapewnić każdemu z kilkorga dzieci trochę czasu tylko we dwoje. Rozumie problemy i emocje rodziców, nazywa je, pomaga. Przyznaje się do swojej niechęci do zabaw lalką Barbie, do których zmuszała go córeczka. Opowiada jak tę sprawę rozegrał i jak uświadomił sobie, że jego niechęć to było mówienie dziecku: to co się tobie podoba jest głupie i infantylne, mam w nosie twoje zainteresowania.
Bardzo polecam tę książkę – może niekoniecznie rodzicom noworodków, ale około drugich – trzecich urodzin już można się do niej przymierzyć. To bardzo dobra, wartościowa, szczera książka z solidną bibliografią.
Na koniec mam jeszcze dla Was kilka cytatów – a jak już pisałam, zaznaczyłam ich wiele więcej..

Kiedy bezustannie przypominamy dziecku, że to wolno, a tego nie wolno, nie dajemy dziecku przestrzeni na samodzielne myślenie i zmuszamy je do wyboru między pełnym niechęci posłuszeństwem a buntem. s. 38

(…) ojcowie tracili jedną z wielkich radości ojcostwa: trzymanie na ręku płaczącego niemowlęcia, które dzieli się z nami wszystkimi swoimi uczuciami – tylko tak potrafi nam o nich opowiedzieć – a potem uspokaja się w naszych ramionach. s. 45

Wbrew powszechnie przyjętemu poglądowi, małe dzieci nie uczą się uspokajać dzięki temu, że zostawia się je same, by „mogły się wypłakać” albo posyła do kąta. Uczą się tego od kogoś ważnego, kto pociesza je i o nie dba. Z czasem uwewnętrzniają tę pociechę i od tej pory są w stanie same nad sobą zapanować. s.131

W mojej praktyce terapeutycznej zaczynam się stykać z ośmio-, dziewięcio- i dziesięciolatkami, których rodzice zastosowali się kiedyś do zalecenia, zgodnie z którym należy zostawić niemowlę, by się wypłakało. Uważano, że te maluchy manipulują rodzicami, chcąc skłonić ich do przytulania i położenia się z nimi spać. Odwiedzające mnie dzieci mają trudności z zaśnięciem i przespaniem nocy z powodu różnych lęków, koszmarów i zmartwień. s. 250

I na końcu, coś bardzo ważnego:

Zamiast stosowania kar, które jeszcze zwiększają dzielącą nas przepaść, spróbujmy się zastanowić, w jaki sposób ponownie nawiązać kontakt z dzieckiem. Kiedy (…) przytuliliśmy je lub po prostu spędziliśmy razem czas? Czy udaje nam się nawiązać kontakt wzrokowy? s. 275

Larry, dziękuję.
* Czy coś Wam wiadomo o planach odznaczenia wydawnictwa Mamania jakimś orderem nadanym przez Rzecznika Praw Dziecka? Należy im się!