Dużo słyszałam o tej książce. Dużo słyszałam o Inie May. Że jest wspaniałą, doświadczoną położną. Że pomogła powitać na tym świecie ponad 2000 maluszków urodzonych w warunkach domowych. Że jej imieniem nazwano manewr położniczy (pomocny w przypadku dystocji barkowej), który pomaga uniknąć cesarskiego cięcia.
Nie słyszałam tylko, że jest szaloną hipiską…

Książka podzielona jest na kilka części. Pierwsza zawiera historie porodowe. Narratorami są matki, ojcowie, położne uczestniczące w porodach oraz sama Ina May. Są to historie niezwykłe. Pierwsze porody – gdy Ina May nie była jeszcze certyfikowaną położną – odbywały się w Karawanie. Grupie samochodów kempingowych, jadących przez Stany. Przewodniczył im Stephen Gaskin, mąż Iny May. Jeździli z wykładami do momentu, gdy dotarli do Tennessee. Tam założyli Farmę, rodzaj utopijnego, ekologicznego, hipisowskiego miasteczka czy też osady. Pełen odlot. Ekipa składała się z młodych ludzi, w większości par. Co za tym idzie, pojawiały się tam dzieci. Jeden z pierwszych porodów miał miejsce w czasie, gdy Stephen dawał wykład. Dziewczyna urodziła malucha w swoim samochodzie, na parkingu. Po porodzie innej z kobiet samochody zatrzymały się na jeszcze tylko czterdzieści minut. Młody człowiek szybko poznał co to życie w drodze…
Ina May uczyła się położnictwa w teorii i praktyce, przy pomocy życzliwego lekarza. Powoli tworzyła grupę położnych i centrum położnicze. A kobiety rodziły.
Przyznam szczerze, że czytałam te opowieści i momentami zastanawiałam się, jakie narkotyki oni tam brali i gdzie można je dostać, bo ja też chcę tak patrzeć na świat, serio. Potem gdzieś doczytałam, że na Farmie nie brali środków psychoaktywnych. W każdym razie, wśród przymiotników jakimi rodzące kobiety i ich partnerzy opisywali doznania porodu przeważały określenia takie jak psychodeliczne, fantastyczne, święte. Aha, no i haj. Większość pisze, że w czasie fazy skurczu czuła się jak na haju.
Nie da się ukryć, że nie jest to język, do jakiego przyzwyczaiły nas tzw tradycyjne opisy porodów. Przyznam się, że na początku podchodziłam do tego z nieufnością. Jeden taki opis, ok. Dwa, spoko. Ale kilkanaście? Natężenie tych emocji jest w książce niesamowite. Pomyślałam jednak, że dla kobiety tradycyjnie straszonej porodem kontakt z tymi opisami może być naprawdę zbawienny. Skoro młode kobiety, zazwyczaj rodzące po raz pierwszy, w czasie domowych narodzin, bez znieczulenia, nacięcia i środków farmakologicznych opisują swoje porody jako psychodeliczne i „parcie było bardzo miłe”, to znaczy że to jest możliwe. Da się? Da.
Ina May i współpracujące z nią położne bardzo dba o to, by kobietę odpowiednio przygotować do narodzin jej dziecka. Uświadomić jej, że powitanie nowego człowieka jest świętym wydarzeniem. Że powinna się skupić na sobie i na dziecku. Przejść przez to wydarzenie z godnością i pogodą ducha.
W jednym z opisów czytałam o tym, że Ina May poradziła parze, by całowali się w czasie pierwszej fazy. W efekcie kobieta rozluźniając twarz rozluźniła też dolne partie ciała, a rozwarcie zaczęło szybciej podstępować. Wiele par w swoich wspomnieniach opisuje w książce jak część pierwszej fazy spędziło w łóżku na delikatnych pieszczotach. Czy to nie jest piękne?
Dalsza część książki zawiera informacje dotyczące fizjologii porodu, budowy miednicy, mięśni etc. Ciekawe, naprawdę. W czasie lektury non stop obmacywałam swoją miednicę żeby wybadać różne jej elementy ;)
Część informacji zawartych w książce jest przestarzała. Z opisów Gaskin wynika, że dziecko od razu badano – nie na brzuchu mamy. Teraz się tak już nie robi, maluch najpierw powinien spędzić czas z mamą. Jej rady na temat karmienia itd też niekiedy trącą myszką. Ale nie o tym w końcu jest ta książka.
Jest to przewodnik mówiący o tym, że poród jest doświadczeniem duchowym. I nawet jeśli kończy się cesarskim cięciem czy rodzi się w szpitalu – pojawienie się dziecka na świecie jest święte. Warto zdać sobie z tego sprawę i przygotowując się do tego wydarzenia gromadzić w sobie dobrą energię.
Wiele kobiet uważa, że poród to tylko poród, nic wielkiego. Dziecko się rodzi i już. Ina May uważa inaczej – narodziny dziecka są jak Boże Narodzenie. Sposób w jaki witamy dziecko jest ważny. Droga jaka do tego powitania prowadzi również jest istotna. Dla kobiety, jej partnera lub partnerki, dla rodziny. Spokój, poczucie bezpieczeństwa, ciepła atmosfera i wsparcie bliskich sprawiają, że poród staje się doświadczeniem duchowym, wzmacniającym rodzącą kobietę.
Cóż, sama to przeżyłam, co prawda w szpitalu, więc wierzę w to bardzo. Widzę, jak bardzo zmienił mnie mój drugi poród. Jestem wdzięczna losowi, swojemu mężowi i naszej położnej (kolejność dowolna) za to, jak to wydarzenie wyglądało. „Duchowe położnictwo” przeczytałam z ciekawości i dla wiedzy. Mam nadzieję, że pozycja ta trafi w ręce kobiet, które nie mają za sobą jeszcze tego doświadczania. To naprawdę balsam.
Aha, powala ceną….Książkę opublikowało wydawnictwo Virgo