Można odpalić mp3, z komputera, Iphone czy innego małego, plastikowego urządzenia. Można tak słuchać muzyki i jestem pewna, że to jeden z popularniejszych sposobów. Można też wyjąć z koperty czarny krążek, umieścić go na talerzu, opuścić ramię i słuchać muzyki z gramofonu. Trzeba się nieco bardziej wysilić, zwłaszcza jak się ma model manualny i przy końcu strony trzeba samemu pilnować, żeby igła nie wjechała na label. No i trzeba zmieniać strony. Ale jeśli mam być szczera, to nie wyobrażam sobie spędzenia wieczoru z Ojcem Dzieciom przy muzyce z laptopa. Jakość dźwięku jaką daje słuchanie muzyki z winyli jest nieporównywalnie lepsza, po prostu. Wymaga to pewnej celebry, wymaga uwagi, skupienia. Ale warto, naprawdę warto.
Można robić trochę więcej i osiągać świetne wyniki, a można skorzystać z ułatwiającego życie wynalazku, ale dostać w zamian mniej.

Dlaczego o tym piszę?
Zainspirowała mnie francuska filozofka i feministka Elisabeth Badinter. Nie czytałam jej nowej książki, to prawda, ale czytałam o niej, na przykład tu. I jako feministka nie mogę się do tego nie odnieść.
Zastanawiam się, tak zupełnie na swoim przykładzie, na ile karmienie piersią (planuję długo), używanie pieluch wielorazowych i raczej ekologiczne podejście do życia sprawia, że moja jakość życia się pogorszyła. Teraz nie pracuję na pełnym etacie, więc w zasadzie nie ma nic prostszego, niż ogarniać karmienie, pranie itd. Ale Starszak był karmiony piersią nawet wtedy, kiedy większość dnia spędzałam na uczelni. Więc w zasadzie gdybym wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, to też mogłabym kontynuować karmienie piersią. Czy to się opłaca? Laktator w pracy, mleko w torbie itd? No cóż, opłaca się, bo to inwestycja w zdrowie tego, kto będzie nam tę przysłowiową szklankę wody podawał na starość ;) A poza tym to jest tu i teraz tańsze.
Pieluchy. Badinter chyba strasznie bolą te pieluchy, które nie da się ukryć, są prane przez pralkę. Owszem, wymaga to chwili zastanowienia się, włożenia do kubełka, zaprania kupy, pamiętania o tym, żeby olejek był na stanie i całej reszty czynności, o których zapomina się mówiąc „pralka pierze”. Ale tu właśnie wrócę do winyli – z przyjemnością wykonam te kilka czynności więcej, uruchomię procesy myślowe ze zwiększoną intensywnością po to, by mieć wpływ na jakość. Po pierwsze, jakość skóry na pupie mojego dziecka. Po drugie, jakość parku, po którym będą hasać moje wnuki. Pielucha jednorazowa rozkłada się 550 lat. Prawie 3 lata w jednorazówkach – wiecie ile to zasikanego śmiecia? Pomyślmy o Matce Ziemi.
Nie uważam, żeby mleko w proszku, słoiczki i pampersy były owocami wyzwolenia kobiet. Dlaczego mleko krowy ma być lepsze od mojego? Jeśli ktoś twierdzi, że wyzwolona kobieta nie powinna karmić piersią długo, tylko wrócić szybko do pracy i picia martini, to znaczy że ma w mózgu patriarchalną sieczkę, która sprawia, że nie dostrzega się kobiety w kobiecie tylko udaje, że jesteśmy tacy sami. Nie jestem mężczyzną, jestem kobietą. Mam piersi.
Nikt mi tego nie odbierze. W moim idealnym świecie kobieta karmiąca może na luzie karmić tam gdzie chce, kiedy chce, jak długo chce. Pediatra nie wciska kitów o bezwartościowym pokarmie po 6 miesiącu, pracodawca nie kwęka, że po pierwszych urodzinach dziecka to przerwa na karmienie się chyba już nie należy, ciociobabcie nie zawodzą, że nie karmi się dziecka które ma zęby, a porady laktacyjne są za friko. I ja uważam, że to do tego trzeba dążyć, a nie równać do sytuacji,w której kobieta ma się dostosować do mężczyzn udając, że piersi ma po to, żeby mężowi było przyjemnie.
Argument, że karmienie butelką ułatwia podział obowiązków jest bezsensowny.  Karmienie piersią to sprawa między matką a dzieckiem, jak rodzenie. To wyjątkowa relacja między nimi, intymny związek, a nie obowiązek do podzielenia się z kimś. To nie jest tylko jedzenie. Ojciec z butelką, ok, zapraszam – ale nie uczmy dzieci, że miłość i czułość idą w parze tylko z obiadem! Niech ojcowie nawiązują kontakt na swój, męski sposób. Nikt ojcom nie odbiera prawa do posiadania bliskiej relacji z dzieckiem, niech je tworzą. Ale może nie mieszajmy w to kobiecych piersi?
Jeśli ktoś uważa, że naturalne rodzicielstwo polega na tym, że mama kwoka jest w domu z dziećmi, zapomina po co kończyła studia robiąc jednocześnie fakultet z obento, to się myli.To przytyk do Badinter, bo ona tak uważa. Ale AP nie zakłada, że dziecko jest królem i matka ma złożyć ofiarę ze swojego życia intelektualnego, seksualnego i towarzyskiego. Rodzicielstwo Bliskości zakłada, że wszyscy członkowie rodziny traktowani są z szacunkiem i respektowane są prawa wszystkich dążąc, by zaspokojono potrzeby i dzieci, i rodziców. W tym matek. A więc przede wszystkim nie jesteśmy rodzicami autorytarnymi, a słuchamy dzieci. Dzieci wysłuchane to dzieci które nie muszą krzyczeć. To wiele ułatwia. Również decyzję o tym, żeby przedłużyć urlop wychowawczy, matki lub ojca.
Nie wiem, czy jestem mamą AP, staram się. Nie jestem też mamą która trzyma się planu dnia, robi pranie codziennie, pilnuje godzin drzemek itd. Jak mam gorszy dzień, to Panienka lata w jednorazówce. Jak czuję taką potrzebę, to spędzam cały dzień poza domem jedząc z dziećmi na obiad ciacho w kawiarni. Jeśli mogę zrobić coś, żeby czuć się dobrze z dziećmi, nawet jeśli oznacza  to spędzenie całego dnia bez nich, to tak organizuję życie, żeby to osiągnąć.
Moim skromnym zdaniem Badinter nie kuma czaczy. Wybaczcie kolokwializm, ale to bardzo trafne. Warto mieć nieco szerze spojrzenie na sprawę. W świecie Badinter to kobieta obarczona jest ekorodzicielstwem. W jej światopoglądzie nie mieści się obraz ojca, który po drodze z pracy robi zakupy, a potem wieczorem gotuje te nieszczęsne zupki? (Ej, a BLW? ;)) Czy Badinter nie wyobraża sobie może, że ojciec idzie na urlop wychowawczy (kto wpadł na pomysł nazwania macierzyńskiego i wychowawczego URLOPAMI?), zostając z maluchem, a jego partnerka wychodzi do pracy? Och jak ja marzę o takim rozwiązaniu u siebie! I wcale nie wykluczam, że jeśli znajdę czadową pracę, to Ojciec Dzieciom weźmie wychowawczy. Byłoby lepiej dla nas wszystkich, by Badinter zamiast ganić, zachęcała do takich rozwiązań i napisała więcej o eko-ojcach.
Rozumiem, że kobieta sterroryzowana ideą ekologicznego rodzicielstwa może panicznie bać się, że jeśli tylko kupi słoiczek z beżową papką albo paczkę pampersów, to życie naszej planety skróci się o dwa tygodnie. I rozumiem, że może siedzieć w nocy w kuchni szorując piekarnik papką z sody oczyszczonej.( To złe, bardzo złe. Czy jej mąż nie mógłby tego robić? ) Każdą ideologię można wypaczyć, a wiemy od czego gorsza jest nadgorliwość.
Kurczę, dostało się Badinter, a ja nie czytałam jej książki. Kosztuje 16 dolarów i chwilowo mój budżet na książki się wyczerpał, a że jako matka dzieciom wypadłam z rynku pracy, to nie wiem kiedy go uzupełnię. To nie jest problem w słoiczkach i karmieniu piersią… To są tylko zastępcze tematy. Mogłabym pracować i jednocześnie karmić piersią, stosować BLW, spać z Panienką w łóżku i tak dalej. Co więcej, zamierzam to robić, jak tylko znajdę tę nieszczęsną pracę.
Nie wierzę w to, że jestem jedyną feministyczną matką, która uważa, że piersi są obiektami seksualnymi wtedy, kiedy nada im się takie znaczenie. Która twierdzi, że poród może być wydarzeniem empowerującym. Przeczytałam komentarz na końcu tekstu z Wysokich Obcasów i stwierdziłam, że jego autorka też nie kuma czaczy, chociaż redaktorka WO uznała go jak widać za bardzo istotny głos w sprawie. Ja na serio nie potrzebuję Badinter, żeby przyznawać głośno, że lubię pić alkohol (co robię chętnie, po ostatnim wieczornym karmieniu), lubię randki z własnym mężem, nie lubię bielizny do karmienia (dlatego przerabiam koronkowe staniki) i że nigdy, przenigdy nie zapominam o tym, że poza byciem matką jestem też żoną, przyjaciółką, córką, kochanką, obywatelką i tak dalej. Bycie AP matką to tylko jedna z moich ról.
A bycie feministką jest dla mnie, cóż, naturalne. Jestem w końcu kobietą.