Przychodzi ten dzień. Wracamy ze szpitala z bąkiem niedużym. W szpitalu, jeśli młoda mama miała szczęście, w karmieniu malucha pomagały położne. Podkładały poduszkę pod plecy, pilnowały czy dziecię dobrze się przyssało, dodawały otuchy. Jeśli młoda mama rodząc wyczekane dziecię wyczerpała limit szczęścia na dany tydzień, to położne, brzydko mówiąc, olewały sprawę.
Kiedy urodziłam Starszaka, zabrano i go od razu do cieplarki.Nakarmiłam go pierwszy raz po kilku godzinach, z bólem i we łzach, nieudolnie próbując go przystawić. Do dziś pamiętam, jak płakałam, on płakał, obok stała moja zatroskana mama oraz starsza siostra, mama czwórki dzieci, i próbowały nam pomóc. Położna żadna się nie pojawiła. Moja mama zgrandziła z korytarza plastikowe krzesło z oparciem i okazało się, że jest łatwiej – szpitalne łóżka nadają się do wielu rzeczy, ale do karmienia na nich dzieci kompletnie nie. W nocy położna dokarmiła mi syna mieszanką, nawet nie pamiętam, czy konsultując to ze mną. Pamiętam tylko wielkie akwarium pełne gotowego mleka modyfikowanego. Kosmos. Inna położna, nieco potem, widząc mój biust z rozpoczynającym się nawałem pokarmu stwierdziła, że szkoda dzieciaka, nie ma co dokarmiać, karmimy piersią! Gdy na pytanie jak nam idzie odpowiedziałam „walczymy…” odpowiedziała „to nie ma być walka, to ma być przyjemność!”. Kochana położna ze szpitala na Inflanckiej! Droga pani, dziękuję za te słowa!

W domu, gdy już minął nawał pokarmu (wspomagałam się wypożyczonym z poradni laktacyjnej elektrycznym laktatorem firmy Medela), okazało się, że tak – karmienie jest przyjemnością. Zwłaszcza, gdy odkryłam uroki karmienia na leżąco, drzemiąc ;)

Przy Córci było inaczej – nakarmiłam ją jak tylko po porodzie położyłyśmy się razem. Młoda w pełni profesjonalnie przyssała się do piersi i zasnęła. Sądząc po śladach na nadgarstkach – ssała je pół życia płodowego, miała więc wprawę ;) Żadna położna się nami nie zainteresowała. Nie potrzebowałam wtedy pomocy, ale mam wrażenie, że byłoby mi miło, gdyby jednak któraś przyszła i zapytała, czy jest ok. W domu było nieco gorzej – nawał pokarmu był niemiły. Ratowały mnie zimne okłady z Cold Hot stosowane po każdym karmieniu oraz złota rada koleżanki – szklanka naparu z szałwii dziennie. No i przede wszystkim częste karmienie! W jakimś podręczniku wyczytałam, że buzia dziecka powinna być ułożona tak, że wargi (koniecznie wywinięte) obejmują całą brodawkę wraz z jej otoczką. I tu miałam problem – buzia mojej mikro Córci vs mój biust nie realizowały nijak tego zalecenia. Trochę się stresowałam, ale potem przestałam.  Mała przysysała się, przełykała głośno, jadła 3 do 5 minut i zapadała w sen. Kolejny stres! Wszyscy mówią, że ma ssać 15 minut! Odpuściłam widząc, że bąk się najada. Widocznie w 3 minuty zjadała tyle, ile trzeba. Z resztą dobitnie pokazała to jej waga w czasie kontroli położnej środowiskowej. Tak więc pamiętajcie – zachowajcie spokój. Zważcie malucha przy wizycie położnej co da pierwszy wynik. Potem zaraz jest szczepienie i ważenie – kolejny. Nie wiem, czy ważenie malucha przed i po posiłku ma sens. Mam wrażenie, że głównie generuje stres.

No a teraz najważniejsze!
Wygodnie miejsce do karmienia w domu. Fotel. Najlepiej. Z kocykiem, żeby okryć siebie i malucha. Oraz z e stolikiem lub szafką obok. Książki, czasopisma – im lżej, tym lepiej. Ma wyluzować. Do tego butelka z wodą i miseczka z przekąskami. Noworodek lubi sobie pospać przy piersi godzinkę czy dwie, a wtedy łatwo zgłodnieć ;) Poza tym produkcja pokarmu wymaga stałego nawodnienia maminego organizmu.
Ja do tej pory korzystam z fotela i książki. Młoda je, ja sobie czytam, miło jest. Nadrabiam zaległości :)

Tak więc, reasumując, dużo spokoju i będzie git!