W dobroci serca i ku radości świata postanowiłam podzielić się swoim odkryciem. Nazywa się masło karite (albo shea). To jest lek na wszystko! No. Prawie wszystko.

Kupiłam w ciąży. Plastikowy słoiczek, 50 g czystego masła karite za 11 zł. Możecie poszukać w necie sklepów, ja korzystałam z mazideł, jest jeszcze Biochemia Urody oraz zapewne wiele innych.
Ok, tylko po co to masło? Nie na kanapki, niestety.
Kupiłam je w ciąży i smarowałam nim brzuch. Oraz nogi kiedy zestaw sezon grzewczy + rajstopy doprowadzał moją skórę do stanu pewnej słabej żaby. Smarowany wytrwale brzuch, pomimo rozrostu, tym razem wzbogacił się o jeden nieduży rozstęp. Cóż za miła odmiana po pierwszej ciąży. 
Smarowałam też spierzchnięte usta i suche dłonie. Milutko.
A teraz odkryłam, że mogę tym smarować pieluszkowo podrażnioną skórę Panienki. ŻADEN używany wcześniej krem, żadna maść, no nic się do tego nie umywa. Genialne. 
Używałam, aż się skończyło. Pieniądze, przybywajcie, masła zabrakło!
Kupujcie i smarujcie się na zdrowie :)