Praktycznie codziennie jem jogurt naturalny. Jeden kubeczek. W pewnym momencie, gdy wrzucałam do kosza kolejne opakowanie i zobaczyłam ile ich jest po tygodniu, zirytowałam się. Wszystko fajnie, sortuję śmieci, ale może dałoby radę jakoś ograniczyć zużycie tych opakowań – zaczęłam się zastanawiać. I wtedy pomyślałam o domowej produkcji jogurtu. Czy to może być trudne? Czy wymaga specjalnego sprzętu? Sprawdziłam i… mam teraz w lodówce własnej roboty, domowy jogurt naturalny. Też tak chcesz?

Zacznijmy od teorii

Przeczytałam pół Internetu, a najbardziej przystępne okazały się wpisy Kasi z bloga Ograniczam Się oraz Olgi Smile. A potem uprościłam proces do niezbędnego minimum. Bo może nie wiecie, ale ja w kuchni lubię szybko, konkretnie i z niewielką ilością składników.

To, o czym musimy pamiętać robiąc domowy jogurt to:

  • używamy mleka świeżego lub pasteryzowanego, nigdy UHT
  • jogurt, który jest starterem nie powinien zawierać w składzie mleka w proszku
  • zachowujemy super czystość na stanowisku pracy, wszystko wyparzone
  • dbamy o odpowiednią temperaturę mleka, nie mniej niż ok 42-44 stopnie.

To, czego możesz potrzebować, to termometr kuchenny. On na pewno bardzo pomaga w pilnowaniu temperatury, ale ja stosuję dwie metody: zanurzenie palca (ma nie parzyć) oraz, ekhm, termometr bezdotykowy z funkcją mierzenia temperatury pomieszczenia. Mi się sprawdza ;)

Robimy jogurt domowy!

Za pierwszym razem kupiłam zwykłe mleko pasteryzowane (takie z napisem „świeże”), za drugim wybrałam już mleko pasteryzowane BIO. Podobnie jogurt, za drugim razem kupiłam jogurt naturalny BIO ze szczepem Lactobacillus bulgaricus (to chyba zadziałał mój sentyment do bułgarskiego nabiału…). W każdym razie, za drugim razem wyszło lepiej.

W czystym garnku podgrzewamy litr mleka do temperatury ok 43-45 stopni. Następnie dodajemy ok. 4 łyżki jogurtu naturalnego. Mieszamy. Nastepnie przelewamy do wyparzonego słoja (lub można zostawić w garnku, ale ja używam litrowego słoja typu weck, ale bez gumki oczywiście). I teraz uwaga, ważne. Musimy zachować temperaturę na ok. 8 godzin. Dać bakteriom pracować. Ja robię to w ten sposób, że wstawiam słoik do piekarnika z zapalonym światełkiem. Można też postawić go na kaloryferze. Jeśli robię jogurt wczsnym wieczorem, to siedzi sobie w tym piekarniku kilka godzin, a gdy idę spać owijam słój kocem i zostawiam w piekarniku, ale już bez światełka. Po tych około 8-10 godzinach jogurt wstawiam do lodówki – tam się schłodzi i jeszcze gęstnieje. W efekcie otrzymuję jogurt o konsystencji normalnego jogurtu naturalnego z kubeczka, czasem nieco gęstszy. Trzeba pilnować temperatury, bo gdy jest za niska, jogurt wychodzi za rzadki.

No ale już! Przyznajcie, że to proste. Nie potrzeba żadnego sprzętu, trzeba tylko połączyć mleko ze jogurtem robiącym za starter i owinąć tę parę kocykiem. A potem jeść z dużym samozadowoleniem. Smacznego i na zdrowie!

Trzymam kciuki!

Ola

Zainteresował Cię ten tekst?

Będzie mi miło, jeśli go skomentujesz i udostępnisz.

Przeczytaj inne z kategorii ZDROWIE

Odwiedź mnie na Facebooku

Obserwuj mnie na Instagramie

Ten wpis zawiera link afiliacyjny. Gdy z niego korzystasz, wspierasz prowadzenie tego bloga.