Ciałopozytywność. Bodypositivity. Akceptacja siebie. Znasz te słowa, prawda? W tym momencie #bodypositive pojawiło się na Instagramie ponad 11 milionów razy. To więcej niż trend, to nowa religia.

Ciałopozytywność dla wszystkich

Czekałyśmy na to. Gdybym dziś była nastolatką, obok tutoriali makijażowych znalazłabym w sieci też mnóstwo zdjęć nastoletnich dziewczyn, które nie maskują wyprysków, które nie wygładzają cellulitu i noszą krótkie bluzki odsłaniające fałdki na brzuchu. Trend, który zaczął się od promowania akceptacji różnych sylwetek – z naciskiem na te większe – jest dziś ideą zgodnie z którą możemy mieć pozytywny, akceptujący stosunek do swojego ciała. Niezależnie od tego, czy nosimy rozmiar 34 czy 44. Chodzi o to, by o nie dbać, szanować je bez oceniania. Ciałopozytywność zakłada pozytywny stosunek do ciała, każdego. Dostrzeżono chude dziewczyny, które słuchają o „szkieletach”, braku piersi i bioder. To wspaniałe, że w idei ciałopozytywności mieszczą się wszystkie ciała. Ale moim zdaniem – nie wszystkie emocje.

A co, jeśli nie akceptuję?

Kiedy wrzuciłam w stories na Instagramie swoje zdjęcie z siłowni z komentarzem, że nigdy nie byłam tak silna i jednocześnie mam straszny problem ze swoją sylwetką – koleżanka napisała mi coś bardzo ważnego. Coś, co mnie poruszyło. O presji.

Dotarło do mnie, że czuję presję, by akceptować siebie niezależnie od rozmiaru. Bo tak robi uświadomiona kobieta, która nie patrzy na cyferki na wadze, bo jest ponad to. Uświadomiłam sobie, że obok pracy nad wagą i ciągłej presji, by trzymać dietę (bo chociaż wsparcie i wiedza jaką mam od Darii jest nieoceniona, to bywa kryzysowo) ciąży nade mną inna presja. Mam wręcz poczucie winy, że przejmuję się swoja sylwetką. Dziś, w dobie ciałopozytywności.

Mam świadomość, że najcenniejsze jest zdrowie. Mam sprawne, silne ciało. Odkąd wróciłam do ćwiczeń siłowych i mój biceps drgnął – czuję satysfakcję za każdym razem, gdy zwiększę obciążenie. Ale to nie zmienia faktu, że wynik na wadze mnie rusza. I mam świadomość, że patrzy na mnie córka. Mój stosunek do ciała jest ważny – ona się z tego uczy. I wiecie co? To pogarsza sprawę, bo czuję że i tu nawalam.

Akceptacja

Jestem zmęczona tą presją, którą sama na siebie nakładam. Presją, by osiągnąć wagę w której się dobrze czuję i presją, by dobrze się czuć z każdą wagą. W tym momecie chciałabym odsunąć na chwilę ciałopozytywność, a włączyć samopozytywność. To termin, który wymyśliłam. Jak samomiłość, czyli milsze słowo na masturbację. Samopozytywność (selfpositivity?) czyli myślenie o sobie, jako całości, dobrze. Akceptacja różnych emocji, nie tylko tych pozytywnych. To jestem ja.

Ciałopozytywność to wspaniała, potrzebna idea. Jestem za nią całym sercem i skłamałabym, gdybym twierdziła, że nic mi nie dała. Kiedyś, jako szczuplejsza niż teraz nastolatka, nie nosiłam spódnic przed kolano. Nigdy. Uważałam, że moje nogi wyglądają niekorzystnie. Dziś uważam, że moje nogi wyglądają dokładnie tak, jak powinny wyglądać. Ciałopozytywność pozwala mi wyciągnąć z kłębowiska emocji te dobre, nauczyła doceniania siły i sprawności. Ale tak, sprawiła, że często czuję się winna, że nie akceptuję mojego ciała takim, jakie jest. I mam wrażenie, że zamiast poczucia winy, powinnam przyjąć te emocje. Bo jeśli chcę się czuć z całą sobą dobrze, muszę przede wszystkim lubić i akceptować siebie. Tę w środku. Ciałopozytywność jest ważna. Ale nie wystarczy, gdy brak samopozytywności.

Zainteresował Cię ten tekst?

Będzie mi miło, jeśli go skomentujesz i udostępnisz.

Przeczytaj inne z kategorii KOBIETA

Odwiedź mnie na Facebooku

Obserwuj mnie na Instagramie