Dawno temu mój Starszak bawił się z młodszą kuzynką. W zabawie nie reagował na jej prośby, by ją zostawić w spokoju. Dziewczynka po kilkukrotnym powtórzeniu „przestań!” stanowczo powiedziała: „PRZESTAŃ! Przyniosę ci książkę „Nie lubię łaskotek”!”. Pomaszerowała do swojego pokoju, ściągnęła rzeczoną książkę z półki i przyniosła mojemu synkowi. 

Starsi mają zawsze rację?

Byłam wtedy pod dużym wrażeniem postawy tej dziewczynki. To bardzo wyraźny przykład, że rozmawianie z dziećmi przynosi konkretne, wymierne efekty. Ta rezolutna pięciolatka była w stanie określić swoje granice, powiedzieć co jej się nie podoba, zareagować. Nie była potulnym cielaczkiem.

Mniej więcej w jej wieku ja sama nie umiałam powiedzieć, że pewne zachowania mi się nie podobają, że ktoś narusza moje granice, że nie chcę, żeby to robił. Na szczęście sytuacja nie była bardzo drastyczna, ale pamiętam ją do dziś – tak samo jak uczucie niemocy, niechęci i obrzydzenia jakie mi wtedy towarzyszyło. Byłam takim bezwolnym cielaczkiem nauczonym, że starszym się nie przerywa, przytakuje, jest się dziewczynką grzeczną i uprzejmą. Idealnie weszłam w rolę.

Standardy WHO – co to jest?

O standardach WHO, a dokładniej dokumencie pod tytułem „Standardy
edukacji seksualnej w Europie. Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją seksualną
” znowu zrobiło się głośno. Tym razem za sprawą prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i podpisanej Warszawskiej Deklaracji LGBT+. Afera aferą, a ja sięgnęłam do źródeł, żeby dowiedzieć się, co takiego strasznego jest w dokumencie WHO, że aż awantura.

To nie jest publikacja dotycząca miłości, wierności, małżeństwa – to nie są sprawy ciała, tylko ducha. WHO zajmuje się ciałem, żeby było jasne. Bo spotkałam się kiedyś z zarzutami wobec dokumentu że pomija kwestię uczuć. Owszem, pomija, a z laryngologiem rozmawiam o tym, że nie słyszę, a nie o tym, jakiej muzyki lubię słuchać.

Celem modelu edukacji proponowanego przez WHO nie jest straszenie dzieci i młodzieży zagrożeniami, jakie niesie życie seksualne. Chodzi o podanie pełnej informacji na ten temat, obiektywnej, popartej badaniami. W taki sposób, by młodzi ludzie mieli narzędzia pozwalające im uchronić siebie przed między innymi potencjalnie niebezpiecznymi, przypadkowymi kontaktami seksualnymi. A czym jest straszenie lub negatywny przekaz wiemy – chociażby w kontekście karmienia piersią i porodu. Niechęć do cielesności, nielubienie swojego ciała, obrzydzenie, brak kontaktu ze swoim ciałem niekiedy wręcz uniemożliwiają normalny poród lub karmienie piersią.

Wśród oczekiwanych rezultatów edukacji seksualnej znaleźć można m.in.:

Umożliwienie zdobycia odpowiednich informacji o fizycznych, kognitywnych, społecznych, emocjonalnych i kulturowych aspektach seksualności, antykoncepcji, zapobieganiu chorobom przenoszonym drogą płciową i HIV, a także wymuszeniach seksualnych. (…)

oraz

Umożliwienie budowania związków, w których istnieje obopólne zrozumienie, związków opartych na równości oraz szacunku dla potrzeb innych osób i wyznaczonych przez nie granic. To z kolei przyczynia się do zapobiegania wykorzystywaniu seksualnemu i przemocy.

No dobrze, a co z przedszkolakami, bo to nimi wszyscy najbardziej się przejmują? Pozwolę sobie znowu zacytować standardy WHO:

(…) Dzięki temu można u nich rozwinąć pozytywne nastawienie do własnego ciała, a także nauczyć ich właściwych metod komunikowania się (na przykład we właściwy sposób nazywając części ciała); jednocześnie dziecko uczy się, że istnieją indywidualne granice i zasady społeczne, które trzeba respektować (nie możesz dotknąć każdego, kogo chcesz). Co ważniejsze, dziecko uczy się, uświadamiania sobie i stawiania własnych granic (możesz powiedzieć nie; możesz poprosić o pomoc). W tym rozumieniu edukacja seksualna jest również wychowaniem społecznym i przyczynia się do zapobiegania  wykorzystywaniu seksualnemu.

Brzmi… bardzo dobrze? Rozsądnie? O to nam wszystkim chodzi? Być może, gdyby w moim przedszkolu prowadzono zajęcia zgodne z tymi założeniami, nie miałabym takich doświadczeń, jakie mam. Chciałabym, żeby tak było.
Standardy WHO zawierają Matrycę czyli przygotowany z podziałem na wiek zbiór zagadnień, jakie powinny być poruszane z dziećmi w ramach zajęć wychowania seksualnego. Pierwszy etap to żłobek początek przedszkola, wiek 0-4. Co tam znajdujemy? Między innymi takie umiejętności, jakie powinno nabyć dziecko w tej kategorii wiekowej:

  • Nazywanie poszczególnych części ciała
  • Praktykowanie higieny osobistej (mycie każdej części ciała)
  • Rozpoznawanie różnic w budowie ciała
  • Wyrażanie potrzeb i życzeń
  • Rozmowa o przyjemnych i nieprzyjemnych odczuciach dotyczących własnego ciała
  • Wyrażanie własnych potrzeb, życzeń i granic, na przykład w kontekście „zabawy w lekarza”
  • Rozróżnienie między zachowaniem się w sytuacjach prywatnych i publicznych

Moim zdaniem to bardzo sensowne wprowadzenie. To sprawy, o których rozmawiamy z dziećmi praktycznie od zawsze. Ciało, higiena. Zastrzyki trochę bolą, ale całus mamy lub taty bardzo na ten ból pomaga. Przytulanie ułatwia zasypianie, a  jak ktoś nie chce już się bawić, to trzeba to uszanować. Możemy biegać bez piżamy po domu, ale po podwórku już niekoniecznie.
Dalej sytuacja się rozwija, kolejne etapy niosą kolejne zagadnienia. Między innymi dzieci w wieku 9 –  12 lat powinny poznać temat „Korzystanie z nowoczesnych mediów (telefony komórkowe, Internet), świadomość ryzyka i korzyści związanych z tymi narzędziami”.

Granice

W całym programie, na każdym poziomie, powtarza się temat asertywności, stawiania granic, prawa do intymności, umiejętności rozmowy na tematy związane z seksualnością (terminologia!), świadomość, że można i trzeba zwracać się po pomoc gdy ma się jakieś kłopoty lub wątpliwości. Jako matka dwójki dzieci staram się jak mogę realizować te założenia w domu. Ale edukacja domowa i wartości wyniesione w domu to nie wszystko. A poza tym nie mam wpływu na to, czego się uczy lub nie w domach kolegów moich dzieci.

Sama edukacja seksualna, dziś realizowana jako niesławny WDŻ z jednym zatwierdzonym i bardzo słabym podręcznikiem, nie pomoże. Wręcz, obawiam się, może zaszkodzić. Wiedzą o tym w PONTONie. Pozwolę sobie zacytować treść kilku smsów, jakie dostają wolontariusze organizacji w czasie dyżurów wakacyjnych:

Mam 14 lat i od pięciu miesięcy mam jakąś infekcję pochwy. Nie mam jeszcze okresu i chociaż moja mama dostała go w wieku piętnastu lat. Boje się, że nie mam go przez tę infekcję. Wiem, że powinnam pójść do ginekologa, ale bardzo wstydzę się powiedzieć o tym mamie, nie wiem jak przezwyciężyć ten wstyd. To mój największy problem, próbowałam jej powiedzieć, ale nie dałam rady. Proszę pomóżcie.

14 – latka zgodnie z prawem bez opiekuna do ginekologa nie pójdzie. Wyobrażacie sobie sytuację 17- letniej dziewczyny, która chciałaby rozpocząć współżycie, zbadać się, zabezpieczyć się pigułkami, ale mama jest np. ciągle w pracy, udaje, że nie ma tematu albo jest ciągle pijana?

Planuje z chłopakiem współżycie. Jedziemy w weekend pod namiot do lasu i nie będziemy mieli czasu, by kupić prezerwatywę. Czy zwykły balonik albo woreczek foliowy jest równie skuteczny jak prezerwatywa?

Chciałabym, żeby to był tekst z filmu albo fake. Ale nie jest. To cytat zanotowany przez Grupę PONTON. A na koniec, wracając do wątku asertywności i stawiania granic w kontekście ciała i intymności. Światowa Organizacja Zdrowia chciałaby, żeby uczyć tego już nasze przedszkolaki. Niestety, wiele osób na hasło „edukacja seksualna w przedszkolu” reaguje wysypką.

Mój chłopak chce seksu, ale ja nie chce bez zabezpieczenia a on odwrotnie, co nam robić? On już zaczyna zmuszać mnie siłą, wczoraj wziął na siłę. Odbyliśmy stosunek analny, chociaż powiedziałam mu, że nie chce. Pomóżcie.