Mam za sobą różne doświadczenia, ale nigdy w życiu nie wróciłam do pracy po urodzeniu dziecka. I nigdy nie byłam na urlopie macierzyńskim. Dlaczego? To proste. Pierwsze dziecko urodziłam przed maturą, a drugie niecały rok po obronie magisterki. Daleko mi było do etatu. Ale nie znaczy to, że dylematy związane z pracą mnie nie dotknęły. Gdy Panienka miała rok i trzy miesiące nadarzyła się okazja: praca od razu. Bez etapu przejściowego w żłobku, bez chwili na zastanowienie. I wiem, z czym to się wiąże. Pracować, karmić piersią, rozstania, powroty, zmęczenie i… ogromna satysfakcja. Moja historia jest szczególna, lecz gdy czytałam „Mama wraca do pracy” miałam poczucie, że są takie emocje i doświadczenia, które dla pracujących matek są wspólne. I zdecydowałam, że nie będę o tej książce Wam pisać, tak po prostu. Zaprosiłam jej autorkę, Adelę Prochyrę, do rozmowy. O macierzyństwie i pracy. Zapraszam.

„Mama wraca do pracy”. Wywiad z Adelą Prochyrą

– W „Życiu Warszawy” z 1947 roku znalazłam taki fragment: „Przez nieszczelne okna dobiega płacz i wołanie dziecka: ja cię do mamy! Mamo! Małe piąstki bezsilnie biją w prymitywne, zbite z desek drzwi. Są zamknięte na kłódkę. Mama poszła do pracy!”. Ten cytat brzmi tak, jakby temu dziecku działa się straszliwa krzywda, bo mama poszła do pracy. I mam takie poczucie, że do dziś wybrzmiewa to w języku, kiedy mówimy, że mama idzie do pracy, czyli zostawia dziecko. Zostawia je w żłobku.


– Gorzej! Oddaje je do żłobka… Tak jakby go już nie chciała, co jest oczywiście bzdurą.


Czy spotkałaś się z takimi komentarzami, że jeśli idziesz do pracy, to z kim zostawisz dziecko?


– Oczywiście. Wiem, jak bardzo potrafią one dręczyć sumienie, ale pamiętajmy, że tego typu komentarze zazwyczaj nie wynikają z prawdziwej troski o to dziecko, tylko są pewną formą kontroli. Co więcej, powiązanie mamy z opieką nad dzieckiem jest tak silnie zakorzenione w języku i kulturze, że taką uwagę wygłosiła nawet moja mama, która sama poszła do pracy, gdy ja miałam osiem miesięcy. Ten okres, kiedy mama idzie do pracy, a dziecko jest jeszcze małe, bywa tak intensywny i stresujący, że większość kobiet po prostu zaciska zęby i stara się go przeczekać, czego mało subtelne komentarze postronnych osób oczywiście nie ułatwiają. Pisząc książkę, chciałam uczulić kobiety na to, że tego typu uwagi wynikają ze stereotypowego myślenia, a nie są uczciwą oceną naszej sytuacji, i nie należy się nimi specjalnie przejmować.


To nie jest w porządku mówić matce wracającej do pracy, że z tego powodu dziecku dzieje się krzywda. Jednocześnie zakładamy, że każda matka chce, by jej dziecku było jak najlepiej. Ale każdy definiuje to „najlepiej” po swojemu.


– Pójście do pracy stoi w sprzeczności z tym, że dziecku będzie najlepiej. Tak się wciąż powszechnie uważa. Same też się nad tym zastanawiamy, będąc w tej sytuacji.


W książce „W głębi kontinuum” czytamy o kulturach, w których kobieta z dzieckiem nigdy nie jest sama. My dziś już wiemy, że to nie jest naturalne, gdy kobieta sama spędza dzień z dzieckiem. To dość świeży wynalazek.


– Tak, to jest coś nowego, co w zasadzie wymusił na nas rynek pracy i uważam, że jest to fatalne dla kobiety. Nie znam żadnej matki, która dobrze się czuła przez rok czy nawet dłuższy okres takiej samotności.


I rodziny nuklearne, gdy dziadkowie mieszkają kilkaset kilometrów dalej.


– To na pewno nam nie pomaga, kiedy obowiązek opieki nad maleńkim dzieckiem spada wyłącznie na rodziców, a w praktyce często głównie na mamę i nie ma ona żadnego wsparcia. Po paru latach spędzonych na wychowywaniu dwójki dzieci, wiem, że przysłowie o całej wiosce, której potrzeba do wychowania jednego dziecka jest stuprocentowo prawdziwe. A kiedy na tę wioskę składają się tylko dwie osoby, rodzicom jest zwyczajnie trudno, ale też jest to trochę zubażające dla dziecka w takim społecznym sensie.


W swojej książce szukasz odpowiedzi na pytanie, kiedy jest dobry moment na pójście do pracy po urodzeniu dziecka. Znalazłaś ją?


– Nie znalazłam takiej odpowiedzi i nie chciałabym nikomu mówić, kiedy jest ten dobry moment. Układy rodzinne są różne, sytuacje mam w pracy są różne, nie można z góry powiedzieć, że na przykład kiedy dziecko ma rok czy półtora, wtedy można iść do pracy. To jest wypadkowa bardzo wielu zmiennych, oczywiście przy założeniu, że wszyscy są zdrowi. Ale daję moim czytelniczkom inną odpowiedź: że mama ma pełne prawo do tej pracy wrócić po urodzeniu dziecka i w żadnym wypadku nie jest to jej fanaberia, jak czasami próbuje nam dać do zrozumienia otoczenie. Powiedzmy to głośno: praca mamy jest tak samo ważna jak praca taty. Tak samo przynosi dochód, ubezpieczenie, pozwala się mamie rozwijać, a w przyszłości może być przepustką do lepszego, ciekawszego życia także dla jej dzieci.


– A co z karmieniem piersią i powrotem do pracy?


– To jest wielki temat, o którym mało się jeszcze mówi i ten jeden rozdział, który mu poświęcam to jest zaledwie początek głębszej dyskusji, która – mam nadzieję – lada moment się rozpocznie. Do tego rozdziału książki, wyjątkowo, szukałam bohaterek przez Facebooka i zgłosiło się kilkadziesiąt mam, które chciały o tym opowiedzieć. Zaskoczyło mnie, jak oczywiste było dla nich to, że pracę i karmienie da się połączyć. Tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Wiele z nich mówiło, że karmienie pomagało im i dziecku ukoić stres spowodowany rozłąką, podtrzymać więź, było pocieszeniem w trudnych chwilach.


– Kiedy jest dobry moment na lekturę twojej książki? Dla kogo pisałaś tę książkę?


– Myślę, że dobry jest taki moment, kiedy mama już trochę okrzepnie w swoim macierzyństwie, czyli po 5-6. miesiącu życia dziecka. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby pokazać mamom, że nie są samotnymi wyspami. To, co się z nami dzieje po urodzeniu dziecka jest wypadkową różnych procesów społecznych, na które same nie mamy wpływu. Na przykład to, że nie ma miejsc w żłobkach, że nie ma co zrobić z dzieckiem, kiedy trzeba wracać do pracy to jest błąd całego systemu, a nie nasza prywatna odpowiedzialność. Tymczasem jesteśmy stawiane w takiej sytuacji, że za ten systemowy błąd musimy zapłacić osobiście. I to często bardzo dosłownie – kiedy trzeba wracać do pracy, bo nie starcza pieniędzy z jednej pensji na utrzymanie rodziny, dziecko nie ma jeszcze trzech lat i trzeba zatrudnić nianię. Ale też kwestia samotnej opieki nad niemowlęciem – dla mnie to było bardzo ciężkie. Pamiętam siebie z czasów po urodzeniu pierwszego dziecka, byłam bardzo młoda i wiele czasu spędziłam z nim sama. Wtedy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, wydawało mi się, że tak musi być. Gdy rodziłam drugie dziecko, byłam już mądrzejsza o historie innych dziewczyn, którym też ta samotność bardzo doskwierała.Tę książkę pisałam więc z myślą o takiej mamie, która jest sama, w tym szarym grudniu czy styczniu, z maleńkim dzieckiem w domu…


– Które ma trzecie zapalenie oskrzeli w sezonie…


– Na przykład! I ona wtedy myśli, że jej świat się skończył, że zawsze już tak będzie w tym domu siedziała, że tak musi być, że już się pożegnała z życiem zawodowym, bo nie wyszarpie dla dziecka miejsca w żłobku. I jeszcze jak, nie daj Boże, zobaczy gdzieś celebrytkę, która cała wypielęgnowana dwa tygodnie po porodzie będzie opowiadać, że już wróciła do pracy, bo to wszystko jedynie kwestia dobrej organizacji, wtedy taka mama myśli sobie „co ze mną jest nie tak?”.


– To jest doświadczenie wielu kobiet, poczucie bycia w pułapce.


– To prawda, ale ten moment mija i to też chcę powiedzieć moim czytelniczkom. A właściwie lepiej ode mnie mówią to bohaterki, które w różnych momentach, i z różną liczbą dzieci z tego domu, z sukcesem wychodziły. Tylko jedna z moich bohaterek powiedziała, że żałuje swojego powrotu do pracy, ale ona wróciła szybko do pracy, której nie lubiła i zaraz dopadły ją poważne problemy zdrowotne.


– Czy powrót do pracy dziś jest łatwiejszy, niż kiedyś?


– To jest bardzo złożony temat, również dlatego, że wiele kobiet nie ma dziś etatu. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jesteśmy jednak w trudniejszej sytuacji niż nasze mamy.


– Piszesz o tym, że kiedyś nasze mamy jakoś sobie radziły.


– Tempo życia było inne, praca była inna, nie tak obciążona biurokracją i technologią, która bardzo nas angażuje i daje poczucie przymusu bycia dostępnym. Inne było też podejście do dzieci – dzisiaj musimy mierzyć się z figurą dziecka-króla, dziecka-inwestycji. Ja na przykład żadną inwestycją nie byłam, kiedy całymi dniami ganiałam z innymi dzieciakami po podwórku. Dzisiaj dzieciaki ganiają z zajęć na zajęcia, a za organizację tego wszystkiego odpowiadamy my, rodzice. A to wymaga poświęcenia czasu i pieniędzy, które gdzieś trzeba zarobić, i koło się zamyka.


– Ale jednocześnie mamy dziś urlopy macierzyńskie, urlopy rodzicielskie.


– To prawda, chociaż to rozwiązanie jest różnie oceniane. Wciąż bardzo niewielu ojców decyduje się wziąć urlop tacierzyński, w 2017 roku było ich zaledwie 4 procent. A żeby pracodawcy odczul, że rodzicielstwo jest sprawą obojga rodziców, powinno to być co najmniej 50 procent. Inaczej to nie będzie widoczne i dalej to mamy będą rodzicami „pierwszego kontaktu” w każdej sprawie.


Dużo w książce piszesz o ojcach, o tym co się dzieje, kiedy oni idą do pracy. Kiedy ojca nie ma w domu, przy dzieciach, o pierwszych słowach i krokach, które ich omijają.


– O tych wszystkich pierwszych razach, które są dla nas takie ważne, a ich, siłą rzeczy, omijają. Pytałam mojego męża, jak on się z tym czuł. O dziwo, nie miał takiego żalu, że coś go ominęło, którym często dręczą się mamy, wracające do pracy. Uważał, że poświęca dzieciom wiele czasu w innych momentach – popołudniami, w weekendy, czy podczas mojej nieobecności – i po prostu jest świadkiem innych ważnych momentów niż ja. To podejście wydało mi się bardzo inspirujące.


Czy ojcowie zaczną być traktowani przez ogół społeczeństwa jako równie ważni dla dziecka, czy ciągle będą takim „rodzicem pomocniczym”?


– W ogólnym obrazie wciąż jest to rodzic pomocniczy. Ale przyglądając się tym kilkunastu rodzinom, z którymi miałam kontakt podczas pisania, zobaczyłam, jak to się szybko zmienia. Jedna z bohaterek opowiadała o swoim powrocie do pracy, który miał miejsce dziesięć lat temu. Przy okazji opowiedziała mi, jak raz postanowiła odpocząć od całodobowej opieki nad dzieckiem. Czuła się wykończona byciem non-stop z niemowlęciem, więc uśpiła dziecko, ubrała się, wzięła psa i powiedziała mężowi, że idzie na spacer. I ten jej mąż był zszokowany, że ona sobie po prostu wychodzi, bał się zostać ze swoim kilkumiesięcznym synem. Dziś to jest dla nas zupełnie normalne, że mama też musi czasem odpocząć.


– A czy „Mama wraca do pracy” jest książką dla ojców?


– Zachęcam ich do czytania, choć może to być dla nich mało przyjemne. Ale dzięki lekturze mogliby sporo zrozumieć z kobiecego doświadczenia. Na przykład to, że kiedy oni się rozwijają zawodowo i awansują, ich ukochane kobiety opiekują się ich wspólnymi dziećmi. Przez rok, dwa, trzy.


– A poza tym zmywają, prasują, zajmują się domem…


– Dla mojego męża to też nie było przyjemne, ale dzięki temu, że mamy to za sobą, jesteśmy w zupełnie innym, lepszym miejscu. Długo nie mogliśmy dojść do porozumienia w takiej kwestii, że ja nie cieszę się jego sukcesami w pracy. W końcu udało nam się ustalić, że ja nie widzę tych jego sukcesów – a mogłabym, ponieważ mój mąż organizuje koncerty muzyczne – ponieważ w tym czasie, umorusana i zmęczona, zajmuję się dwójką naszych dzieci. To było dla niego prawdziwe odkrycie.


– Co ma wspólnego Twoja książka, z książką „Mamy wracamy”, o której wspominasz?


– Wydaje mi się, że dobrze się uzupełniają. Marta Waszczuk pisze o bardzo technicznych sprawach. Nie wchodzi w niuanse kulturowe, skupia się na praktycznych rozwiązaniach: jak napisać CV, jak dobrze wypaść w czasie rozmowy rekrutacyjnej. Ja jestem socjolożką, więc skupiłam na warstwie kulturowej i zależało mi na tym, by oddać głos matkom. Moja książka pomoże mamom ustalić, co chcą zrobić z pracą po urodzeniu dziecka, a książka Marty Waszczuk, jak to zrobić.


– Są matki, które nie chcą wrócić do pracy, z różnych powodów. Czy twoja książka jest dla nich?


– Jasne, nawet z dwiema takimi mamami rozmawiam i cytuję ich historie, zresztą, bardzo reprezentatywne dla wielu kobiet. Ta książka przede wszystkim pomaga zastanowić się nad tym, jak można sobie poukładać życie zawodowe po urodzeniu dziecka. Chciałam, żeby jej lektura była bezpiecznym miejscem do eksperymentowania z różnymi rozwiązaniami. Jest to z jednej strony uczenie się na cudzych błędach, a z drugiej takie plotki u fryzjera, gdzie można usłyszeć niesamowite historie z sąsiedniej dzielnicy. Rozmawiałam z mamami o bardzo różnych doświadczeniach, będącymi w bardzo różnych sytuacjach – życiowych i zawodowych – właśnie po to, żeby czytelniczka sięgająca po tę książkę mogła się na serio zastanowić, co ma ze sobą zrobić. Ja oczywiście zachęcam do powrotu do pracy, ale za równie dobre rozwiązanie uważam zostanie z dzieckiem w domu.


– Powrót do pracy nie zawsze znaczy to samo.


– Zdecydowanie.


– Czy spotkałaś się z kobietami, które pracują w domu? Czy z dziećmi to możliwe?


– Są takie przypadki, na przykład jedna z bohaterek książki – Ania, która prowadzi firmę produkującą Szumisie. Kiedy rozmawiałyśmy, akurat miała małą córeczkę, która jest jej trzecim dzieckiem, i zajmowała się nią sama, jednocześnie pracując. U niej to działało, bo dziewczynka była bardzo spokojna, a po kilkunastu miesiącach poszła do żłobka. Natomiast ja sobie tego nie wyobrażam, bo dziecko zawsze będzie absorbowało uwagę matki. Wydaje mi się, że jest to szalenie trudne i w książce wprost odradzam takie rozwiązanie.


– Jakie korzyści pozafinansowe wiążą się z powrotem do pracy?


– Dla mnie i wielu moich bohaterek to był powrót do świata, niemal przebudzenie. Mamy często opisują to w taki sposób, że wreszcie wyszły do ludzi, mogły się ubrać, umalować, uaktywnić obszary swojego mózgu, które były długo uśpione. To także nauka, budowanie sieci społecznej i kontaktów na przyszłość, odkrywanie swojego potencjału, sprawdzanie się w nowych dziedzinach, a często też bardziej namacalne korzyści: wyjazdy służbowe, kolacje w restauracjach, zniżki na produkty firmy itd.


– A co tobie dało pisanie tej książki?

– Wielkie poczucie siły. Napisanie książki od dawna było moim wielkim marzeniem, które długo pozostawało w sferze „to się chyba nigdy nie wydarzy”. Dzieci były małe, ja musiałam zarabiać, wydanie książki jest bardzo trudne dla debiutanta, szereg przeszkód. Ale kiedy to się wreszcie zaczęło dziać, pisałam z poczuciem, że w połowie robię dla siebie, a w połowie dla innych mam. Chciałam im pokazać, że nawet takie przedsięwzięcie – napisanie książki jest szalenie pracochłonne – jest możliwe, kiedy się ma dzieci. To było moje połączenie macierzyństwa, pracy zawodowej i spełniania marzeń.

„Mama wraca do pracy”
zdj. ze strony wydawcy

„Mama wraca do pracy”

Adela Prochyra

wyd. Buchmann

Warszawa 2018