Złote Piaski i Słoneczny Brzeg. Te dwie nazwy pojawiają się zawsze, gdy ktoś wspomni o wakacjach w Bułgarii. Nam myśl o bułgarskim urlopie zaświtała pod koniec stycznia. Chcieliśmy pojechać gdzieś, gdzie będzie naprawdę ciepło i przy okazji interesująco. Bułgaria wydała nam się fajnym pomysłem, ale wiedzieliśmy, że na pewno nie chcemy ani do Złotych Piasków, ani do Słonecznego Brzegu. Czyli żadnej turystycznej masówki. To nie dla nas. Obydwie miejscowości powstały jako kurorty pod koniec lat ’50 i poza byciem kurortem nie są niczym więcej. Nuda, plastik, dużo bodźców – to nie brzmi jak fajny wypoczynek z dziećmi. Wystarczył jednak mały research i trafiliśmy do miejsca starszego od tych kurortów o kilka…tysięcy lat. No, dobra, pierwsze wzmianki o Sozopolu pochodzą z epoki brązu. Brzmi nieźle?

 

Sozopol czyli Apollonia

W starożytności Sozopol nazywał się Apollonia i gdy tylko o tym przeczytałam, nabrałam pewności, że TAK, chcę tam spędzić urlop. Czy w Apolloni może być brzydko albo nieciekawie?…. Znalazłam nam apartament (polecam obejrzenie na Google Street View jak wygląda okolica miejsca, do którego się wybieramy!) i już w lutym mieliśmy zarezerwowane nasze sierpniowe wakacje. Wiecie, jak fajnie się na nie czekało?

 

 

Sozopol to nieduże miasteczko podzielone na kilka części: starówkę, starszą dzielnicę i nową dzielnicę, bardziej turystyczną. My zatrzymaliśmy się w dzielnicy starszej, gdzie owszem, wokół były apartamenty i prywatne kwatery, ale dominował charakter bułgarskiej prowincji. A więc stoły przed domami, ludzie relaksujący się w cieniu i ogólny nastrój rozleniwienia. Starówka była za to codziennym miejscem naszych wieczornych spacerów. Piękna, klimatyczna, pełna stuletnich drewnianych domów i śladów zabudowań ze średniowiecza czy nawet antyku, z pięknymi prawosławnymi kaplicami. Nie byłabym sobą, gdybym nie poszła do lokalnych muzeów, etnograficznego i archeologicznego. W tym drugim trwała akurat wystawa czasowa współorganizowana przez paryski Luwr, poświęcona odkryciom archeologicznym na terenie miasta. I wiecie co? Pomyślałam wtedy, że to niesamowite, ile można się dowiedzieć o świecie w czasie zwykłego urlopu. I że dzięki temu świat się robi jeszcze ciekawszy.

 

Oczywiście, Sozopol też jest miastem turystycznym i znajdą się tam i stragany, i cymbergaj i masy turystów. Ale wszystko to było łatwe do ominięcia, a na główną plażę nawet nie zajrzeliśmy wybierając boczną, spokojniejszą i przyjemną, bez głośnej muzyki z baru i leżaków ułożonych rzędami.  

 

Bułgaria w rytmie slow

Turystyka na masową skalę staje się globalnym problemem. Zanieczyszczone plaże, zadeptane zabytki, rafa koralowa której szkodzą olejki do opalania. Nie chcieliśmy jechać do hotelu typu moloch, by jeść śniadanie kontynentalne i oglądać wnętrza wyglądające jak w każdym innym tego typu przybytku. Dlatego wybraliśmy apartament wynajmowany przez miłe, bułgarskie małżeństwo. Zakupy robiliśmy w osiedlowych sklepikach, a gdy chcieliśmy zjeść na mieście, wybieraliśmy knajpki pomijane przez Tripadvisora, a odwiedzane przez Bułgarów. Dzięki temu czuliśmy, że wpieramy lokalną społeczność, a nie wielkie korporacje. Taki pobyt daje też możliwość zasmakowania kultury miejsca, do którego się jedzie. I to jest wielka wartość.

Starszak codziennie wychodził na boisko (tak! mieliśmy pod domem małe boisko!) i grał w piłkę z lokalną dzieciarnią. Pomimo bariery językowej okazało się, że piłka naprawdę łączy, dlatego czasem wieczorem Starszak wychodził i wracał po dwóch godzinach, zmęczony i z uśmiechem. 

 

Bułgaria na talerzu

Czy poza sałatką szopską kojarzy wam się z Bułgarią coś jeszcze? Ja przed wyjazdem poczytałam trochę o kulinariach, ale nie wiedziałam, czego się tak naprawdę spodziewać. Efekt? Codziennie rano mój mąż wychodził do piekarni za rogiem po banicę na śniadanie. Bo musicie wiedzieć, że po pierwsze, niemal na każdym rogu są piekarnie, a po drugie, nie ma w nich chleba. Są za to przeróżne wypieki i nie udało nam się spróbować wszystkich, więc wymienię tylko te, które jedliśmy. Banica jest wypiekana z ciasta filo i nadziewana serem szopskim (biały, podobny do fety). Jeszcze gorącą jadłam codziennie na śniadanie i była boska! Kaszkawałka to bułka z serem kaszkawał (dojrzewający), simit to okrągłe precle z sezamem, pochodzące z Turcji, natomiast kifla to drożdżowa bułka z nadzieniem. Dzieci oszalały ze szczęścia, gdy znaleźliśmy kifla nadziewane lokum (rachatłukum, turkish delight). Wszystko to sprzedawane jest w piekarenkach, świeżutkie i często jeszcze ciepłe.

 

A poza wypiekami i sałatką szopską? Do picia boza, czyli napój z fermentowanej mąki. Gęsty, słodki i …dziwny. Jedliśmy chłodnik tarator, z kefiru i ogórków, misz-masz (pomidory z jajkiem), smażone rybki caca (je się je w całości, jak frytki i zasmakował w nich Starszak), faszerowaną paprykę i bardzo dużo jogurtu. Jak być może wiecie, jeden ze szczep bakterii jogurtowych nazywa się Lactobacillus bulgaricus. A jogurt bułgarski jest gęsty i przepyszny, więc jadłam go codziennie na śniadanie. No i na deser chałwę ze słonecznika i figi, które rosną dosłownie wszędzie. Dla dorosłych w bonusie świetne wina i, uwaga, na każdym kroku na ulicy stoją automaty z kawą, które za równowartość 2 zł dają naprawdę niezłe espresso. Bułgaria jest przepyszna! 

 

Bułgaria pachnąca różami

Od ponad dwustu lat wokół miasta Kazanłyk hodowane są róże, z których produkuje się aromatyczny olejek. Tradycja jest tak ważna, że w muzeum etnograficznym w Sozopolu oglądaliśmy stare butelki na olejek, wagi do płatków róż i nawet szablony do znakowania skrzyń eksportowych. A ja przywiozłam sobie wodę różaną i różane mydła, oraz, oczywiście, herbatę z płatków róż. Kupiłam też na pamiątkę tradycyjną glinianą czarkę z miasta Trojan, które słynie z wyrobu ceramiki. Będę w niej piła kawę i wspominała wakacje, taki mam plan na zimę! Bo nawet kamienisty brzeg morza, humorzaści sprzedawcy i kompletny brak poszanowania dla przepisów ruchu drogowego nie mogły zepsuć dobrego wrażenia.