Godziny przy łóżeczku. Godziny z dzieckiem przy piersi. Długie, niemiłosiernie długie kwadranse z malcem na rękach. Noszonym, kołysanym, bujanym, głaskanym. Wspinanie się na szczyty uważności przy odkładaniu pozornie tylko śpiącego dziecka do łóżeczka. Dziecka, które materacyk parzył. Gimnastyka przy wstawaniu, gdy maluch zasnął przy piersi. Oddech wstrzymywany na dłużej, niż potrafią to bezdzietni i kocie ruchy, by łóżko nie zaskrzypiało przy wstawaniu. Stawianie stóp na tych miejscach na podłodze, gdzie żadna klepka nie zaskrzypi.

I tak się budziła. Ona, Panienka. A kilka lat wcześniej jej brat. Oboje mi to robili. 

 

Usypianie

Czułam, że moje wieczory nie należą do mnie. Moje życie nie należy do mnie. Wysyłałam rozpaczliwe smsy „ile jeszcze?!”. Usypianie moich dzieci było dla mnie trudne. Po całym dniu pracy marzyłam o chwilach dla siebie, a gdy w końcu moje dziecko zasypiało – patrzyłam na zegarek i była 22. Albo 22:30. Nie miałam już siły na życie. 

Poradniki, rytuały, sposoby. Nic nie działało. W pewnym momencie musiałam po prostu pogodzić się z tym, że sytuacja się kiedyś zmieni. Nie tak szybko, jak bym chciała, ale się zmieni. W końcu moje potomstwo zacznie zasypiać samodzielnie, a ja odzyskam wieczory, życie i pogodę ducha (która opuszczała mnie gdzieś około 19). I to było najlepsze, co mogłam wtedy zrobić. Zaakceptować sytuację, poszukać plusów, odpuścić. 

I w końcu… skończyło się. Starszak, nastolatek, mówi po prostu „dobranoc” i zamyka się w pokoju. Panienka, po całusach i wspólnej lekturze (ale i bywa – samodzielnej) owija się kołdrą i zasypia.

Usypianie przestało być tematem.

 

Znowu to robię

Teraz, gdy już nie muszę – chcę to robić. Przytulić się do dziecka w jego łóżku, zaśpiewać kołysankę, głaskać po główce. Leżeć obok i patrzeć, jak zamyka oczy i zasypia. Liczyć rzęsy.

Teraz ten czas jest nasz. Rozmawiamy sobie, czytamy, czasem nawet mówię „wiesz co, zmęczona jestem, dziś się tylko poprzytulamy” i Panienka to rozumie, też jest fajnie. Ładujemy wtedy baterie. Ona swoje, ja swoje. To taki moment w ciągu dnia, kiedy czuję absolutny spokój. Nigdzie się nie spieszę, a jedyne, co muszę, to być. Bardzo sobie to cenię. 

Żałuję, że nie traktowałam tego czasu w ten sposób już wcześniej. Ale wiem też, że sześć lat temu wszystko było inne, więc nie uważam tego za stratę. Raczej cieszę się z tego, że odkryłam jaką przyjemność daje to, że po skończonej bajce na dobranoc nie wychodzę od razu. Znowu usypiam moje dziecko. I uwielbiam to.