W zeszłe wakacje, z powodu kontuzji, przerwałam chodzenie na siłownię. Potem nie byłam już w stanie do tego wrócić. A potem chorowałam i efekty są tego takie, że źle reaguję na pewne pytania. W ogóle sporo zaniedbałam, a poza tym to jestem dość zmęczona, o czym pisałam niedawno. 

Dziś usypiając Panienkę pomyślałam, że zbliża się koniec roku, warto zacząć szykować jakieś postanowienia noworoczne. Wiecie, tak się zbiorę w sobie, zmobilizuję i zamienię się w nową, lepszą wersję siebie. 

Postanowienia

Co chciałabym robić?

Wstawać na tyle wcześnie, żeby śniadanie zjeść przed wyjściem do pracy. A nie tak, jak do tej pory, gdzieś koło 9 – 10 rano.

Nie ma mowy. Nie uda mi się. Szklanka wody i do przodu. Mam już idealny rytm w pracy. Włączam komputer, piję kolejną szklankę wody, sprawdzam maile, odpowiadam na najpilniejsze, przeglądam listę zadań i kalendarz na dzień. I potem, jeśli nie mam spotkania, około 9-10 rano jem śniadanie i piję pierwszą kawę. 

Chciałabym wrócić do moich ulubionych ćwiczeń z Chodakowską. Te serie po 5 minut są idealne, składam sobie kilka filmików tak jak ona radzi, żeby uzyskać 30 minut pocenia się na środku pokoju i cacy. Będę tak ćwiczyć kilka razy w tygodniu.

No, ok, well… Na razie zapisałam się na piłkę nożną. Raz w tygodniu. I tak się złożyło, że i tak nie udaje mi się być na każdym treningu – bo delegacja, bo choroba, bo to, owo i dziesiąte. Ale to jest jednak bardziej mobilizujące – wiem, że mam konkretny dzień, konkretną godzinę i konkretną ekipę, która potem zapyta „ej, dlaczego cię nie było?”. Ćwiczenia w domu są super, ale kiedy nie ma nad głową bata, to sorry, jest ciężko. Więc Ewa i jej cudowne, słodkie „dalej, jeszcze kilka powtórzeń, zobaczysz, BĘDZIE WSPANIALE” pojawią się w moim życiu, mam nadzieję, ale w jakim wymiarze – nie wiem. Jak się pojawią, to się pochwalę!

Postanowienia są świetne. Plany, marzenia. Cudowne. Niestety, często planujemy je z przekonaniem, że uda się wszystko zrealizować i o rany, znowu założę tamte jeansy, skóra będzie jaśniała nowym blaskiem i w ogóle. Otóż może się zdarzyć, że nie założysz tych jeansów, ale cera się rzeczywiście poprawi. Bo nie uda się zrealizować całego planu, tylko na przykład pół. Czy pół to mało?

 

Rzeczywistość

 

Chciałabym podejść teraz do tych planów i postanowień realistycznie. Na zimno zastanowić się co mogę zmienić, co poprawić. Bez hurraoptymizmu. To tak jak z „Lokomotywą” Tuwima. Zaczyna powoli i ospale, a potem się rozkręca. Coś mi się wydaje, że jeśli zaplanuję mikrozmiany i zobaczę, że udało mi się je wprowadzić, to dostanę motywacyjnego kopa, żeby wprowadzić kolejne.

I myślę też, że wartością samą w sobie będzie to zastanowienie się nad swoim życiem i nad tym, co wymaga poprawki. Nie tylko rozmiar spodni i obwód talii. Autorefleksja, spojrzenie na swoje życie, na nawyki – czy zawsze zdrowe, czy zawsze sensowne. W poprzednim poście pisałam o swoich planach walki ze zmęczeniem. Teraz myślę o tym, że muszę się przyjrzeć całej sobie. I powoli nad sobą pracować. 

No i nie będę czekać do stycznia. Zacznę od jutra. 

 

 

Fot. Ojciec Dzieciom. Wszystkie prawa zastrzeżone.