Kiedy nas coś boli, kiedy nam coś doskwiera, kiedy czujemy się osłabieni i nasze zdrowie utrudnia nam funkcjonowanie, szukamy pomocy medycznej. Bierzemy leki, idziemy do lekarza, robimy badania. Boli cię głowa długo, leki nie działają? Szukasz przyczyny. Boli cię kręgosłup, rozważasz zmianę krzesła przy biurku. Masz kłopoty żołądkowe? Po wizytach u gastrologów zmieniasz dietę, bierzesz leki. Normalna sprawa. Żaden wstyd. 

To samo, a nawet bardziej, dotyczy naszych dzieci. Chodzimy do lekarzy, sprawdzamy, prosimy o dokładne osłuchanie, zajrzenie do gardła. Bo kaszle! Prawda? Prawda.

Kiedyś było tak, że chodzenie do psychologa lub co gorsza psychiatry było postrzegane jako objaw słabości. Coś wstydliwego, do ukrycia. O swoich wizytach u ortopedy można rozmawiać godzinami, ale o psychiatrze się milczy.

Lekarz to lekarz. Psychiatra jest lekarzem od mózgu. Mózg może zachorować, zupełnie jak żołądek, kręgosłup lub woreczek żółciowy. Wtedy chodzi się do lekarza – psychiatry – dostaje się leki. Coś się robi. To nie jest objaw słabości tylko objaw tego, że się coś ROBI.

Podobnie z psychologiem. Chodzenie do psychologia to nie jest nowojorska fanaberia. To działanie. Korzystałam kilka razy z pomocy psychologa dziecięcego. Miałam jakiś kłopot z którym sobie nie radziłam, a który utrudniał nam funkcjonowanie. Stwierdziłam, że muszę zadziałać zanim będzie nam naprawdę źle ze sobą, w domu. Wystarczyły dwie wizyty, porozmawianie z kimś doświadczonym, życzliwym, ale z zewnątrz. Z kimś, kto pokieruje, doradzi, zada odpowiednie pytania. Kto poobserwuje swoim wprawnym okiem i pokieruje.

Jestem zdania, że jeśli czujemy, że pojawia się jakiś problem, który nas przerasta – szczególnie w relacjach z najbliższymi, z dziećmi – warto pójść do psychologa. Lepiej pójść wcześniej niż w momencie, gdy problem się nasili. Tak przecież jest ze wszystkim. Łatwiej poradzić sobie z małym problemem.

Kiedy pójść do lekarza? Kiedy czujemy, że gorąca herbata nie wystarcza.