Przez ostatnie miesiące miałam okazję korzystać z usług publicznej służby zdrowia. Spędziłam trochę czasu na korytarzach przychodni, nocnej pomocy lekarskiej, ostrego dyżuru czy izby przyjęć. To zawsze trwa długo. Miałam więc sporo czasu na obserwacje.

Widziałam dużo ludzkiego cierpienia. Ludzi zmęczonych, zniechęconych, obolałe dzieci, płaczące niemowlęta. Ale widziałam też pielęgniarki, ratowników medycznych, lekarzy i lekarki w pracy. W biegu. Spiętych, skupionych, zmęczonych. Dyżur 24 godziny. Kolejny pacjent, kolejne dziecko, kolejny zdenerwowany rodzic. Dla nas nasze dziecko jest jedno jedyne. Najważniejsze. Oczekujemy pomocy natychmiast. To normalne. A zespół medyczny musi opanować wszystko i wszystkich. Nagłe przypadki, awarie sprzętu, kolejkę pacjentów.

Pewnego razu siedziałam długo na korytarzu, podłączona do kroplówki. Płyn przestał płynąć, ale nie zwróciłam na to uwagi. Mijał mnie jakiś pielęgniarz, zerknął, poprawił. Potem za każdym razem, kiedy przechodził korytarzem spoglądał, czy wszystko jest ok. Widziałam to, doceniam. Tak, to jego praca, ale to też ludzki odruch. Uważność. I oczy dookoła głowy. Bo nie byłam jedyną osobą na tym korytarzu. W tym czasie, na tym oddziale ludzie dzielili się na dwie grupy. Grupę ludzi chodzących szybkim krokiem i grupę ludzi siedzących lub leżących. Ci pierwsi mieli naprawdę pełne ręce roboty. A przy tym sporo cierpliwości dla pacjentów, często niemiłych, pokrzykujących.

Innym razem widziałam dziecko wnoszone do gabinetu poza kolejką. Kilka osób szeptało, że to nie w porządku, że kolejka, że dlaczego. Oni przecież tak długo czekają ze swoimi dziećmi. Nie wiedzieli, że tego malca przywiozła karetka. Ja wiedziałam, miałam dobry punkt obserwacyjny. I wiedziałam, że skręcone kostki ich dzieci mogą poczekać jeszcze chwilę. Ten chłopiec był w tym momencie bardziej potrzebujący. Dla osób siedzących na korytarzu był to powód do nakręcania się pt. jaka ta polska służba zdrowia jest beznadziejna.

Nie wszystko w naszej służbie zdrowia jest dobrze zorganizowane. Ba, można by wyliczać bez końca to, co wymaga poprawy. Wiem też jacy potrafią być przedstawiciele służby zdrowia. Praca w Kwartalniku Laktacyjnym przyniosła mi tyle ludzkich historii… Ale wiem też coś jeszcze. Osoby, których pracą jest ratowanie zdrowia i życia nie robią tego z perwersyjnej potrzeby patrzenia na cierpienie. Oni pomagają. Spędzają dni i noce w przychodniach i na oddziałach, piją zimną kawę i jedzą drożdżówki stykając się cały czas z ludzkim nieszczęściem.

Ja po paru godzinach na izbie przyjęć, paru godzinach słuchania dziecięcego płaczu, czułam się wyczerpana. Dzieci bez włosów, dzieci z wenflonami, dzieci z gorączkowymi rumieńcami na twarzy. Cieszę się, że jestem teraz w domu i u nas jest ok. Jest super. I jestem wdzięczna tym lekarzom, którzy badali mnie i moje dzieci w ostatnim czasie. To ich praca, ale to przecież nie są sklepikarze. To coś więcej niż zwyczajna praca.

Trudno jest być empatycznym wobec lekarzy i pielęgniarek gdy ma się na rękach cierpiące dziecko. Wtedy myśli się tylko o nim. Ale nie zawsze sytuacje są dramatyczne. Warto dostrzec w pielęgniarce człowieka. Zapracowaną kobietę, o odpowiedzialnej pracy, która czuwa nad wszystkim i stara się robić to, co do niej należy. Nasz uśmiech nic nie kosztuje. Nasze „dziękuję pani” to żaden wysiłek. Wymagajmy też od siebie.