Wczoraj na treningu Starszaka jeden z chłopców, siedmio- czy ośmiolatek niefortunnie się przewrócił. Bolała go ręka, płakał. Kiedy trener zajął się dzwonieniem do opiekunów, ja zajęłam się malcem. Normalny odruch. Dziecko płacze – reaguję. Dziecko ma kłopot – szukam pomocy. To przecież DZIECKO. Może być przestraszone, nie rozumieć, nie wiedzieć jak zareagować, w stresie zapomnieć jak się nazywa. Dosłownie i w przenośni. Dla mnie taka postawa jest naturalna. Ale czy mogę mieć pewność, że ktoś pomoże mojemu dziecku?

Dzień wcześniej przyjaciółka pokazała mi zdjęcie swojej córki. W pierwszym momencie przeraziłam się. Wypadek? Pobicie? Posiniaczona, poobijana buzia z krwawą szramą na policzku. Zerknęłam na podpis – mała była na warsztatach charakteryzatorskich. No cóż. Niezła robota.

Ale to nie koniec. Córka mojej przyjaciółki, dziecko które znam od malucha, wracała sama do domu, na piechotę. Minęło ją wiele osób, normalne popołudnie. I nikt, NIKT, nie zapytał, czy wszystko w porządku. Czy potrzebuje pomocy. Czy coś się stało. Wyobrażacie sobie?

Ja nie. A jednak.

Starszak często wychodzi sam na podwórko. Dzieciaki się znają, ja też je kojarzę. Kiedyś pomagałam jakiemuś młodemu piłkarzowi, który dostał piłką w głowę. I spodziewam się, liczę na to, wierzę, że jeśli Starszakowi coś się stanie, cokolwiek, skręci kostkę, upadnie, poobija się, to ktoś mu pomoże. Nie przejdzie obojętnie.

Jest taka żydowska reguła. Jeśli widzisz, że komuś coś wypadło z kieszeni czy torebki na chodnik i ta osoba tego nie zauważyła, to jeśli ty widząc to nie zareagujesz, nie podniesiesz i nie podasz zguby, to tak, jakbyś ukradł. Bo widziałeś, że ktoś coś właśnie stracił i nic nie zrobiłeś. Podobnie, moim zdaniem, jest z każdą pomocą. Jeśli widzisz, że ktoś jej potrzebuje, ale przechodzisz obojętnie, to…

Szkoda gadać. Kto na ulicy pomoże twojemu dziecku gdy spadnie z roweru w drodze do szkoły? Kto pomoże, gdy ktoś będzie je zaczepiał?