Profesor Jerzy Vetulani, psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, jest popularyzatorem nauki, światłym człowiekiem o rozsądnych poglądach. Tym razem jednak zaistniał jako specjalista od  dzieci i szkolnictwa. Jego wpis na Twitterze jest dość szeroko komentowany, udostępniany, a sam zainteresowany rozwinął myśl na swoim blogu. 

 

vetulani

 

Trudno mi połączyć wpis twitterowy z blogowym. To dwie różne myśli, skrajnie różne formy. Na twitterze mamy pogardliwy, mało kulturalny komentarz do rzeczywistości, który dotknął wiele osób. Można tu się przyczepić do samego „rozpoczęcia nauki”, bo przecież dzieci uczą się cały czas, od urodzenia. Każdy sześciolatek nauczył się już liczyć w jakimś zakresie, zna kolory, kształty, teksty piosenek i wierszyków.

Wszyscy wiemy, że dzieci nie rozpoczynają nauki w szkole, bo one już od dawna się uczą. A lenistwo? Znacie jakieś leniwe dzieci? Ja nie. Dzieci mają energię, czerpaną z Kosmosu moim zdaniem, do zabawy, świrowania, poznawania świata. To się czasem kończy gdy dostaną do ręki tablet i gry staną się ciekawsze niż dłubanie patykiem w błocie. Nie wiem jak Wasze dzieci, ale moje nagle tracą na energii gdy trzeba sprzątać pokój lub myć zęby. Wtedy są taaaakie zmęczone. Lenistwo? Nie stwierdzono.

Smutno mi, że osoba z tytułem profesora pisze coś takiego. Mogę więc tylko mniemać, że profesor zrobił to celowo.

Co innego czytałam na blogu profesora. Profesor opisuje doświadczenia swoje i swoich wnuków. Można przyczepić się do zdania o ADHD, ale może rozmowa z rodzicami dzieci cierpiących na ADHD powinna pomóc. Czytam dalej.

Mówiąc poważnie — ważne jest nie tylko, w jakim wieku dziecko idzie do szkoły, ale też do jakiej szkoły idzie. W Holandii szkoła dla czterolatków jest przyjazna, w Polsce wiele szkół jest traumatyczna dla dzieci, zarówno sześcio- jak i piętnastolatków.

To przecież prawda. Dalej profesor pisze o tym, że szkoły się nie zmienią, jeśli tych sześciolatków w nich nie będzie. Bo niby jak? Ważna jest też obecność aktywnych rodziców. Współpracujących ze szkołą, zadających pytania, słuchających nauczycieli i rozmawiających z nimi. Z rozmów z moimi znajomymi nauczycielkami wiem, że zaangażowani rodzice powinni być gatunkiem chronionym, tak ich mało. 

 

Zawsze rozumieliśmy się doskonale, a dzieci traktowane podmiotowo zaskakują swą kreatywnością, wiedzą i sposobem rozumowania. Tylko je ośmielić.

Czy dzieci posadzone w ławkach, z ocenami (cóż z tego, że to buźki lub „A z koroną”), z pracami domowymi są ośmielane do tego, by pokazac cały swój potencjał? Czy promowane są niestandardowe rozwiązania, kreatywne myślenie, wspaniałe dziecięce rozumowanie? Wszyscy wiemy, że nie. Profesor też to na pewno wie.

 

I szkoda tych biednych, tak okrutnie ocenionych sześciolatków. Które nie są chore, leniwe, niedorozwinięte, ani źle chowane. Myślę o rodzicach dzieci, w których miejscowościach jest tylko jedna szkoła. I ci rodzice wiedzą, że jest w niej słabo. Że nauczyciele stawiają oceny, ławki są ustawione na sztywno, a pierwszkolasiści spędzają popołudnia na odrabianiu lekcji. Tak, jak to było tam, gdzie mieszkałam kilka lat temu, a Starszak zaczynał edukację (jako sześciolatek). Decyzja o odroczeniu jest oczywiście „odroczeniem wyroku” cytując Ziomecką, ale rozumiem rodziców. Bo w rok nie naprawi się szkoły, nie zmieni nastawienia wychowawców. Ale można dziecku ten jeden rok bez szkoły, rozumianej tu jako miejsce wręcz opresyjne, mało elastyczne, darować.

 

Martwi mnie, że cała dyskusja na temat sześciolatków w szkole skupia się na sześciolatkach i ich rodzicach. Matkach, które nie umieją odciąć pępowiny i przyznać, że ich dzieci rosną. Bo to zwykle matki, tradycyjny polski ojciec ma zdrowy rozsądek i siedzi w pracy… No ale te matki, lub ostatecznie rodzice, nie pozwalają dzieciom się uczyć, rozwijać, tylko je kiszą w domu. Wielu tak uważa.

Brakuje mi głośniejszego mówienia o tym, że szkoły są nieprzystosowane. I nie chodzi mi o toalety czy place zabaw. Dzieci potrzebują kawałka wolnej przestrzeni, żeby się dobrze bawić. Chodzi mi o elastycznych nauczycieli i nauczycielki rozumiejących jak uczą się dzieci. Mniej spiętych, mniej straszących kolejnymi egzaminami (bo jak się zawali test trzecioklasisty, to koniec, jak wiadomo). Mam porównanie dwóch podstawówek, dawnej i obecnej Starszaka. Widzę, że można, da się. Można uczyć dzieciaki w szkole państwowej i być życzliwą, czułą i lubiącą dzieci osobą. Można im pozwolić siedzieć w kółeczkach, wypuszczać z sali przed dzwonkiem, kiedy zaczną się meczyć i niecierpliwić. A efekty? Widzę po Starszaku.

Szkoda, że profesor tak zapatrzył się na dzieci i rodziców, a nie na kolegów po fachu. Sam wszak jest nauczycielem, chociaż akademickim.