Zrobiłam sobie dla zabawy quiz polegający na rozpoznaniu roślin po zdjęciu tej części, ktora rośnie nad ziemią. Pory, rzodkiewki, cebula, marchew…. W sumie bardzo prosty, zrobiłam go bezbłędnie. Jeszcze kilka dni temu moje dzieci biegały wśród równych grządek fasolki szparagowej, buraków i ogórków. Ale czy i dla nich, gdy będą trzydziestolatkami, będzie to tak samo banalne? Czy będą pamiętać, że jako dzieci wiedziały jak rośnie brukselka?…

Na balkonie mam kilka krzaczków pomidorów cherry. Dzieci asystowały przy wysiewie, oglądały nasiona, porównywały z nasionami rzodkiewek, rzeżuchy i sałaty. Potem obserwowały kiełki, pomagały w podlewaniu. Razem cieszyliśmy się z pierwszych kwiatów, pokazywałam im jak przekształcają się w owoce. W pewien upalny weekend z zachwytem patrzyliśmy, jak zielone pomidory niemal w oczach czerwienieją.

Ot, taka domowa lekcja przyrody.

 

4

 

Ale czy w mieście można coś jeszcze? Można. Bardzo dużo. Obserwować drzewa i krzewy, nauczyć się rozpoznawania głosów ptaków które spotykamy w parkach i na skwerach. Można pleść wianki, zbierać liście jesienią. Ale dzieciom warto pokazać coś jeszcze.

Wakacje na wsi. Nie w nadmorskim kurorcie, nie w górach by wędrować z piosenką na ustach. Tak, to jest super, ale warto jeśli nie ma się rodziny na wsi, pojechać na kilka dni do gospodarstwa agroturystycznego. Pokazać dzieciom zwierzęta z bliska, a nie tylko na obrazkach. Razem karmić kury. Dotknąć krowy. Zbierać maliny, jeść porzeczki prosto z krzaczka.

Regularnie, co rok, od urodzenia jestem w wakacje na Podlasiu u Rodziny. Jako dzieciak jeździłam na furze z sianem, biegałam za kurami, a Babcia raz pozwoliła mi dotknąć krowiego wymienia. Nie udało mi się wycisnąć ani kropli mleka, uznałam wtedy, że dojenie krów jest sztuką magiczną. Miałam jakieś sześć lat. Potrafiłam stać przy krzaku porzeczek i jeść, dopóki nie rozbolał mnie brzuch. Dziadek montował nam huśtawkę na gruszy i bujając się oglądałam pszczoły zlatujące do owoców leżących na ziemi. Jeśli miałam ochotę na marchewkę, to szłam do ogrodu i wyjmowałam ją z ziemi.

 

5

 

Teraz jeżdżę tam z dziećmi. Wiele się tam zmieniło, zostało tylko kilka kur. Panienka potrafi karmić je ciastkami podbieranymi z kredensu swojej Prababci. Biega na bosaka całymi dniami, po trawie, piasku, na polnych ścieżkach, w ogrodzie warzywnym i sadzie.

 

2

 

To są ulotne chwile, krótkie wizyty. Ale zawsze prowadzę dzieci do ogrodu i pokazuję. Patrzcie, to buraki, zobaczcie jak ładnie rosną ogórki. Kwiaty rukoli, pomidory o różnych kształtach, fasolka szparagowa. Nie te straganowe, które już zapomniały ziemi. Ale pachnące, przyciągające owady, nabierające smaku na słońcu.

Pamiętam dwuletniego Starszaka stojącego przy krzakach malin. Szybko zorientował się jakie owoce warto zbierać. To doświadczenie obce dziecku, które mieszka w mieście, a wakacje spędza w kurorcie. Wiecie, jaka to przyjemność zebrać miskę porzeczek, a potem dostać od Babci słoik z drzemem zrobionym z tych owoców?…

 

3

 

 

Cieszę się, że dzieci zbierają te wspomnienia. Przyroda na wsi karmi wszystkie zmysły. Trudno to właściwie opisać, trzeba spróbować. I patrzeć, jak to jest dla dzieci naturalne. Czysta radość kontaktu z przyrodą. Zabawki? Zbędne. Wystarczy drzewo, piasek, kamyki.

Też się znudzą, bajka w telewizji skusi. Ale potem znów na trawę.