W czasie pierwszej* Konferencji Biskości pojawił się wątek uciekania współczesnych matek od rad i doświadczeń ich opiekunek. Często rady naszych babć i mam są traktowane protekcjonalnie, niechętnie, czasem są wręcz wyśmiewane – na zasadzie „co one mogą wiedzieć”. Na przykład o karmieniu piersią. Nasze mamy i babcie to w większości kobiety nie karmiące lub karmiące piersią bardzo krótko. Ich doświadczenia pochodzą z czasów, kiedy normą było podawaniu niemowlęciu butelki z milupą i rozkruszonym herbatnikiem w środku. I w tej sytuacji zupełnie naturalne jest, że ich wiedza na temat karmienia piersią jest niewielka, a przekonanie, że na mleku modyfikowanym można wychować zdrowe, dorodne dziecko często poparte osobistym doświadczeniem.

Zmieniło się wszystko – to, jak nasze dzieci karmimy, jak ubieramy, jakie pieluszki im zakładamy. Kiedyś czas pracy przeciętnej pracownicy biura był skorelowany z czasem pracy żłobka (co nie znaczy, że tęsknię za tamtą epoką) i gimnastyka logistyczna mogła być mniejsza. Jednocześnie o podstawowe produkty było o wiele trudniej. Czasami, kiedy wydaje mi się, że mi ciężko, wspominam moją nieżyjącą już Babcię, która mojego Ojca urodziła w środku wojennej zawieruchy, gdzieś w drodze z Warszawy na wieś. A słabowitego noworodka leczył najbliższy znaleziony medyk – weterynarz.
To, o czym chcę napisać, to nasze korzenie. To, kim jesteśmy – choćbyśmy najbardziej się przed tą prawdą bronili – zawdzięczamy w dużym stopniu naszym rodzicom. I część siebie my zostawimy swoim dzieciom.
Dużo o tym myślałam po wczorajszej kolacji wigilijnej. Nie można uciekać od doświadczenia, mądrości poprzednich pokoleń. Wiedza dotycząca karmienia czy ubierania dzieci to drobiazgi. Myślę o tym, że dla mojej 96 letniej Babci jej siwy syn był wciąż synkiem. Dla mojej Mamy ja, dorosła matka dwójki dzieci, nadal jestem córeczką. I zawsze będę. Można nie zgadzać się z poglądami dotyczącymi szczegółów, ale siła jaką daje rodzina, jaką daje miłość rodzicielska, jest ogromna. To są te korzenie. Mam świadomość swojego pochodzenia – są nim pokolenia ludzi, którzy żyli, pracowali, zakładali rodziny w trudnych, niespokojnych czasach. Szli do przodu, dla siebie, dla kogoś. W czasie wczorajszej kolacji, przytulając swoich najbliższych myślałam o tym, że to są moje korzenie. Wartości, którymi kieruję się w życiu wyniosłam z domu.
A skrzydła? Też je dostałam. To między innymi przekonanie, że muszę się uczyć i dążyć do samodzielności.
To chciałabym przekazać swoim dzieciom. Korzenie – czyli wartości i świadomość, że jest się częścią wspierającej rodziny. I skrzydła – czyli siła i świadomość, że mogą iść w świat, że nic ich nie może powstrzymać przed samodzielnym wybraniem własnego kierunku.
* Piszę „pierwszej” licząc oczywiście na kolejne.