Kiedy urodziłam Panienkę, byłam 9 miesięcy po obronie magisterki, a do końca moich studiów podyplomowych brakowała dwóch miesięcy. Błogi czas nauki powoli się kończył i musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, kiedy pójdę do tzw. prawdziwej pracy. Wcześniej pracowałam zdalnie albo po kilka godzin w tygodniu, teraz musiałam iść na etat. Podjęłam decyzję, że pracę zacznę kiedy Panienka będzie miała półtora roku. Uznałam to za rozsądne rozwiązanie, wszystkim ten czas się należał. Co prawda odkąd Panienka skończyła 6 miesięcy pracowałam w minimalnym wymiarze, ale to jednak nie to samo co 8 godzin dziennie plus dojazdy.

Pracę znalazłam nagle. I bardzo szybko musieliśmy znaleźć opiekę dla Panienki. Pierwszy miesiąc to była prowizorka, trochę mój wtedy bezrobotny Brat (najlepszy babysitter świata!), trochę nasza koleżanka. A potem przyszedł czas na żłobek.
Zawsze będę pamiętała uczucie, z jakim zamykałam za sobą furtkę rano. Szliśmy z Ojcem Dzieciom milczący, czując w gardle, że jeszcze chwila, a oboje wybuchniemy płaczem. Panienka miała wtedy rok i trzy miesiące, to był jej pierwszy dzień w żłobku. Bez dni adaptacyjnych, w wymiarze 9 – 17.
Tak długo, jak karmiłam Panienkę piersią, a więc jeszcze prawie rok, po powrocie do domu kładłyśmy się na łóżku. Ja z nogami w górze, ona wtulona w moją pierś i ssąca łapczywie. Jakby chciała szybko zaspokoić całodzienny deficyt mamy. Obie się uspokajałyśmy w ten sposób. Głaskałam ją po pleckach, całowałam główkę i odpoczywałam. Obok kładł się Starszak i tak sobie trwaliśmy.
Karmienie piersią to jedna z lepszych rzeczy jaką można mieć, kiedy się wraca do pracy. Z wielu powodów. Poza wartością emocjonalną ważny jest też aspekt zdrowotny. Dziecko stykające się z nowymi patogenami tym bardziej potrzebuje ochrony jaką dają przeciwciała zawarte w pokarmie. Jak wiecie (lub nie) skład mleka dostosowuje się do potrzeb dziecka, do drobnoustrojów jakie przenosi na pierś. Być może to dlatego Panienka nie zaczęła chorować więcej po pójściu do żłobka? Owszem, chorowała, ale nie na potęgę.
Kiedy Starszak miał pół roku, poszłam na dzienne studia. Pierwszy dzień zajęć trwał od 8 do 20. Szaleństwo. Karmiłam go piersią rok i dwa miesiące i to też była wspaniała pomoc dla nas. Po całym dniu wtulał się we mnie, a ja w niego.
Jak to ogarnąć technicznie? Beznapinkowo. Na początku przygotowywałam dwie porcje odciągniętego mleka. Nie odciągałam w ciągu dnia, na uczelni. Piersi szybko złapały rytm i mogłam po południu nakarmić młodego i odciągnąć porcje na następny dzień. W ciągu dnia dostawał moje mleko i nowości – w końcu miał skończone 6 miesięcy. Kiedy byłam w domu, karmiłam na żądanie. Spaliśmy razem, więc nocami nadrabiał – i mleko, i bliskość. Z Panienką było podobnie, w domu na żądanie i wspólne noce.
Spanie razem jest po powrocie do pracy dobre dla wszystkich. Po całym dniu bez Panienki miałam w sobie tęsknotę, którą w ten sposób mogłam ukoić. Wysypiałam się, bo od urodzenia spała z nami i umiałam spać karmiąc jednocześnie. Dlatego warto trenować od początku :)
Kolejną wspaniałą pomocą okazała się chusta. Kiedy szłam z Panienką w wózku miałam wrażenie, że jesteśmy oddzielnie. Ona w wózku, ja za nią, ona coś sobie śpiewała, ja zanurzałam się w swoich myślach. I nawet kiedy rozmawiałyśmy, to było to takie… na odległość. Chusta daje bliskość. W szatni żłobka motałam Panienkę na brzuchu lub później wkładałam do MT i już czułam to ciepłe, stęsknione ciałko przy sobie. Po całym dniu rozłąki ona niemalże przyklejała się do mnie. Całą drogę ( 2 kilometry) szłam szepcząc jej do ucha, całując czółko, nosek, czubek głowy, opowiadając o swoim dniu, słuchając co ma mi do powiedzenia. Gdyby była w wózku, nie miałybyśmy tego wszystkiego.
Nie jestem mamą, która w pracy myśli ciągle o dzieciach, tęskni, zastanawia się „czy zjadła obiadek? czy dobrze mu na lekcjach?”. W pracy jestem w pracy, którą lubię i która mnie interesuje. Ale kiedy tylko na horyzoncie pojawia się łepek mojego dziecka, znowu jestem całą sobą mamą, stęsknioną i szczęśliwą, że widzi swoje dzieci. Karmienie piersią, noszenie w chuście i wspólne spanie sprawiły, że pójście do pracy (czy na studia) na pełny etat nie było związane z ogromnym stresem i niepokojem. Bliskość nie gubi się, gdy na 10 godzin znikamy dziecku z pola widzenia, bo mamy narzędzia, które sprawiają, że pozostałe 14 przeżywamy razem i w czułości.