Zeszłej zimy, kiedy jeszcze nie pracowałam na pełen etat, a z Panienką nie dało się jeszcze porozmawiać, poczułam, że strasznie brakuje mi ludzi. Kiedy się mieszka pod miastem to zamknięcie w domu z dzieckiem jest naprawdę zamknięciem. I niby można pojechać do miasta, wybrać się gdzieś. Ale to zawsze jest wyprawa. A poza tym kto odbierze Starszaka ze szkoły o 13? No właśnie… O spotkaniach z większością znajomych w ciągu tygodnia można zapomnieć – ludzie pracują, a jak się ma dwójkę dzieci, w tym niemowlę, a na dodatek mieszka pod miastem, no to szybka kawka o 18 odpada.

Cóż mogłam więc zrobić? Jak spotykać się z dorosłymi, nie u siebie w domu ale i nie na mieście? Co zrobić, żeby trochę tę rutynę przełamać? Pomyślałam chwilę i wymyśliłam – klub mam.  Nawiązałam kontakt z kierownikiem lokalnej świetlicy środowiskowej – ustaliłam wcześniej, że do południa świetlica jest pusta, więc jest miejsce na spotkania. Kierownik wyraził zainteresowanie i udostępnił pomieszczenie. Ustaliłam termin, częstotliwość (raz na dwa tygodnie), wyznaczyłam datę pierwszego spotkania. No i mamy. Musiałam jakoś zorganizować sobie te mamy do klubu. Przede wszystkim zamieściłam ogłoszenie na stronach internetowych mojej miejscowości i jej najbliższych. Uruchomiłam pocztę pantoflową. I ruszyło, chociaż nie bez przygód. Pierwsze spotkanie nie odbyło się z powodu…mrozu. Nie pamiętam ile wtedy było, ale to był najzimniejszy dzień zeszłej zimy, z – 20 stopni. Starszak został w domu, na świetlicy zamarzła instalacja, a ja stwierdziłam, że nie będę Panienki nigdzie wlec, są granice brawury.
Potem na szczęście było lepiej. Spotkania były kameralne, dochodziło do 6 mam maksymalnie. Ale dzeci było zawsze więcej niż dorosłych, więc i tak było nas sporo. Idea była taka, że dzieci bawią się ze sobą (każdy miał przynieść kilka zabawek), a mamy piją herbatkę i się relaksują. No i prawie się udawało. Herbatka była, relaks był, tylko te dzieci nie zawsze chciały się integrować. Bywało, że trzy matki siedziały z dziećmi przy piersi, dzieci łypały na siebie i za nic nie chciały się ze sobą bawić. Ale często też zajmowały się sobą i to było bardzo fajne dla wszystkich.
Przed każdym spotkaniem starałam się wymyślić temat przewodni lub kilka wątków do poruszenia w rozmowie. Jednego razu mówiłam o noszeniu w chustach, innym razem opowiadałam o BLW. Kiedyś całe 2 godziny rozmawiałyśmy o szkołach i edukacji domowej (to spotkanie było ewidentnie za krótkie!). Dwa razy odwiedzili nas zaproszeni gości. Dietetyczka podzieliła się z nami swoją wiedzą i opowiedziała kilka mrożących krew w żyłach historii (jak na przykład o pleśni która znajduje się w prawie każdej puszce z orzeszkami). Położna środowiskowa została przez nas przepytana na temat badań profilaktycznych jakie powinny robić kobiety, co nam daje NFZ, gdzie i kiedy się badać. Bardzo pouczające!
Czasami nie miałyśmy gościa, a ja nie miałam przygotowanego tematu. I wtedy sobie po prostu siedziałyśmy na podłodze, dzieci się bawiły, a nam temat do rozmów zawsze się znalazł. Bardzo lubiłam te spotkania, dawały mi dużo radości i energii. Ten klub, a raczej klubik, działał bardzo krótko. Latem nagle poszłam do pracy na pełen etat i hasło „czas wolny” wypadło z mojego słownika.
Klub mam to moim zdaniem świetny sposób na wyjście z domu, nawiązanie kontaktów. Nie ma obowiązku rozmawiania o pieluchach, chociaż nie ma zakazu. Kluby powstają jak grzyby po deszczu ale jeśli nie ma się żadnego w swojej okolicy – można go sobie zorganizować. Ja skorzystałam z uprzejmości i społecznego ducha kierownika naszej świetlicy środowiskowej. Zawsze można znależć jaką salkę, w bibliotece (klub mam połączony z klubem książki? Czemu nie?), w domu kultury, może w kawiarni?
Podstawy teoretyczne i pomoc w zakładaniu klubu można znaleć na stronie fundacji RoRo. Na forum znajdziecie wiele informacji o tym, jak zacząć i jak utrzymać klub mam. Fundacja zapewnia krotki skrypt na temat prowadzenia klubu. Dlaczego klub mam, a
nie klub rodziców? Z przyjemnością przywitałabym na naszym spotkaniu jakiegoś tatę, ale tak się składa, że w okolicy na urlopach macierzyńskich i wychowawczych były same kobiety. Nie zadam tu retorycznego pytania „a dlaczego ojcowie nie idą na wychowawczy?” bo to w sumie dość nieprzyjemny temat. Bardzo bym sobie życzyła ojców zostających w domu z dziećmi.
Wczoraj widziałam w autobusie młodego mężczyznę zajętego lekturą miesięcznika dla rodziców. I niby mój mąż też poczytuje to, co kupię czasem (chociaż robię to co raz rzadziej, bo za bardzo sie irytowałam, z wielu powodów), nie jest niczym dziwnym, że facet poczyta sobie gazetę o dzieciach. Ale uświadomiłam sobie, że ja pierwszy raz w życiu widziałam, żeby mężczyzna publicznie czytał taką prasę! I z jednej strony – słabo, dopiero teraz? Z drugiej – super! Może wreszcie gazety przestaną odnosić się do matek, a zaczną do rodziców? Może zamiast „mama i ja” będzie po prostu „my?” albo „nasza rodzina”? A zamiast „skarb matki” znajdziemy „skarb rodzica”
W pewnym sensie ja sama wpadłam w tę pułapkę zakładając „klub mam”, a nie „klub rodziców”. Ale nie ukrywam, że bliska jest mi idea kręgów kobiet I chciałam, żeby ten klub stał się taką namiastką kręgu. Chociaż na pewno „klub rodziców” też byłby bardzo ciekawy, może nawet ciekawszy od klubu mam?