Usiadłam w pociągu koło rodziny z trójką dzieci. Nastoletnia córka, synkowie tak ok 8 i 10 lat. Rozmawiali, wyglądali przez okno dość podekscytowani podróżą. Młodszy chłopiec machał nogami z przejęciem trącając co chwilę siedzącego naprzeciwko brata. Ja sobie czytałam spokojnie ciesząc się perspektywą jogi.
Nagle usłyszałam ten dźwięk. Wiecie, takie plaśnięcie. Pacnięcie. Mocne. Potem drugie. Trzecie. Podskoczyłam na fotelu, spojrzałam i zobaczyłam jak dorosły facet, wielki typ, potężny, o czerwonej twarzy i grubym karku bije po rękach swojego synka. Mocno, wierzcie mi. „Żeby to było ostatni raz” wysyczał, a chłopiec skulił się w sobie, odwrócił w stronę okna, a dłonie mu drżały. Dotykał jedną czerwieniejącego wierzchu drugiej. Matka zamknęła oczy udając, że śpi.

Siedziałam czując się, jakby trafił we mnie piorun. Nachyliłam się do faceta i zaczęłam do niego mówić o biciu, o dzieciach, o policji. Ostentacyjnie odwrócił się plecami.
Po jakichś 5 minutach matka otworzyła oczy i jakby nigdy nic zaczęła rozmawiać z mężem. Potem, w miarę zbliżania się do celu, zaczęli wymieniać uwagi co do krajobrazu za oknem. Wyglądali jak normalna rodzina. Ojciec, matka, dzieci. Podobni do siebie wszyscy bardzo. To była normalna rodzina.
Cały dzień myślałam o tym, że ludzie biją dzieci. Że to normalni ludzie robią. Że to jest odruch. Chłopiec dostał po rękach ponieważ kopał brata. Kopał bo machał nogami, ucieszony, podekscytowany. Potem już nie kopał. Klaps podziałał?
Rany.
Ludzie naprawdę uważają, że to jest ok. Że klaps to nie bicie, a takie bicie po rękach to nawet nie jest klaps. Najlepsze jest to, że będąc świadkiem tej sceny czytałam akurat o akcji „Kocham. Nie daję klapsów.” A na ramieniu miałam torbę z cytatem z Janusza Korczaka…
Mam dwójkę dzieci. Raz potrząsnęłam niemowlęciem, 7 lat temu. Wiele wspomnień mi umknęło, ale to pamiętam doskonale. To jak wypalony stempel na duszy. Boli i piecze ciągle. Byłam zmęczona, zestresowana i bardzo samotna, a on płakał i płakał. Nie miałam nikogo do pomocy, miałam za to na głowie za wiele kłopotów jak na młodą, bardzo młodą mamę. I nic, nic nie usprawiedliwia tego, co wtedy zrobiłam. Bycie homo sapiens zobowiązuje, a ja zachowałam się głupio i bardzo źle. Mogłam spowodować nieszczęście. Możecie poczytać o tym, czym jest potrząsanie niemowlęcia.
Wiem to wszystko dziś i pamiętam siebie z tamtych czasów. To wydarzenie było moją ogromną porażką.
Najgorsze jest to, że ten sam chłopiec, mój synek, został przeze mnie kilkakrotnie uderzony. Nie ma co ściemniać, nie będę udawać – dostał kilka klapsów. I to są ciemne karty mojego macierzyństwa. Dużo pracy włożyłam w to, żeby nauczyć się innych metod radzenia sobie ze swoim stresem i swoją słabością. Bo to nie zachowanie dziecka jest problemem i powodem bicia, a słabość dorosłego.
Każdy ma prawo do stresu. Zwłaszcza rodzic. Bycie rodzicem wymaga wielkich pokładów cierpliwości i spokoju. Ale nie można się usprawiedliwiać mówiąc, że dało się klapsa z powodu nerwów. Nie stary, uderzyłeś dziecko, bo jesteś słaby. Jesteś cieniasem i musisz to sobie uświadomić, musisz popracować nad sobą. Szóstka Weidera jest nudna jak falki z olejem i trudna jak cholera, ale ją robicie żeby mieć fajny brzuch. Nad tym, żeby nie bić dzieci też trzeba pracować. Nad swoją relacją  z dzieckiem. Nad swoimi emocjami. Polecam do poczytania wypowiedzi ekspertów.

Kocham i już nie daję klapsów. I biorę Was wszystkich na świadków, że już nigdy nie będę.