Ciąg dalszy naszych zmian. Od kilku dni pracuję na pełny etat i to jest jednak dość trudne doświadczenie. Dziś po raz pierwszy Panienka spokojnie i z uśmiechem machała mi rano mówiąc „papa”. A ja myślę sobie, że i tak jesteśmy szczęściarzami – 14 miesięcy błogiej symbiozy. Dużo, mało…nie wiem sama, ale i tak więcej niż w przypadku rodzin, gdzie mamy muszą stawić się w biurze po urlopie macierzyńskim.

Wracam z pracy i pierwsze co robię, to przystawiam Panienkę do piersi. Ssie długo, a ja głaszczę ją po pleckach i myślę o tym, że ona koi tak tęsknotę, wtula się i nasyca mną. A rano, kiedy karmią ją przed wyjściem mówię do niej „jedz malutka, napełnij brzuszek tym eliksirem, bądź silna i zdrowa, czekaj na mnie”.
Starszak też jest stęskniony. Kiedy studiowałam, a on był w przedszkolu, bywało że odbierałam go o 17. I jakoś żyliśmy. Teraz przez rok odbierałam go ze szkoły przed 13. Spędzaliśmy razem tak dużo czasu. Fajnie było wracać spokojnie do domu, spacerem przez las. Naładowaliśmy akumulatory.
Jeszcze nie wiem jak to z tą moją pracą będzie, ale wiem, że ludzie tak właśnie żyją. Wczoraj o 21 siedzieliśmy w trójkę w kuchni i rozmawialiśmy. Starszak cieszył się naszą obecnością. Potem długo tuliłam go do snu. Muszę sobie na nowo poukładać wszystko.
A teraz mi powiedzcie – jak i kiedy odrabiają lekcje z dziećmi rodzice pracujący na pełny etat, wracający do domu przed 18? Rany!
Jak dobrze, że istnieją weekendy.