Nie jesteśmy rodzicami wózkowymi, więc wózkowe bolączki są nam obce. Ostatnio jednak byliśmy zmuszeni wracać pociągiem podmiejskim do domu, z Panienką w mei tai na ojcowskiej piersi podczas gdy mama, czyli ja, pchała spacerówkę (plecakowi było wygodnie). Calutki dzień, jeżdżąc po mieście z wózkiem (a korzystaliśmy z mega dostosowanego metra!) utyskiwaliśmy na to urządzenie. Korzystając z chusty i nosidła zapomniałam jak to jest dostosowywać się do wind i podjazdów. Tak więc kiedy musiałam rozstawać się ze znajomymi tylko po to, żeby skorzystać z windy w metrze, jęczałam że nigdy więcej się nie dam wkręcić w wózek. W kawiarni zajmował oczywiście miejsce. No i co najlepsze – jego obecność w magiczny sposób wygenerowała niesamowitą ilość rzeczy. Nauczona chustowym doświadczeniem umiem wyjść z domu na cały dzień z Panienką i zmieścić się ze wszystkim w torebce. Bo niby co potrzeba? Pieluszki na zmianę (góra trzy), jakieś ubranko i ewentualnie plastikowa antylopa (nowa ulubiona zabawka podróżna). Koniec. Niczego więcej nie zabieram. Niektóre chustomamy noszą plecaki i w nich wszystkie niezbędne rzeczy. Ja nie lubię – plecak mi do stylówki nie pasuje. Tak więc nauczyłam się radzić sobie z minimalną ilość rzeczy.
No a w niedzielę – nagle się okazało, że pod wózkiem, w wózku, na daszku – wszędzie są jakieś rzeczy! Skąd to się wzięło?

Wracając do pociągów (bo to o tym miało być). W kwartalniku Zadra, w numerze z marszałkinią Nowicką na okładce (możecie w środku przeczytać mój tekst), wyczytałam, że zgodnie z unijnymi przepisami, osoby podróżujące z małymi dziećmi w wózku nie mają obowiązku kupienia biletu w kasie oraz nie muszą iść do pierwszego wagonu by kupić bilet u konduktora. Mogą wsiąść do pociągu, zająć miejsce i czekać. A gdy nadejdzie konduktor – nabyć bilet bez dopłaty za wystawienie. W Kolejach Mazowieckich to 4 złote! Informacja ta szalenie mnie zainteresowała więc kiedy tylko jechałam KM, zapytałam kierownika pociągu jak jest z tymi opłatami. No i dowiedziałam się, że owszem, nie trzeba biec do pierwszego wagonu, ale dopłata się należy. Trochę się zasmuciłam. Zwłaszcza, że na takim na przykład dworcu Warszawa Śródmieście winda dojeżdża tylko na ten peron, na którym nie ma kasy… Rodzic z wózkiem ma przechlapane. Chociaż polecam tę windę – porusza się z prawdziwym majestatem, a jak ktoś się za bardzo zbliży do ściany, to się zatrzymuje. Niezła frajda, próbowałam!
Postanowiłam podrążyć temat tych biletów. Zadzwoniłam do Urzędu Transportu Kolejowego gdzie szalenie miły pan wyjaśnił mi, że zgodnie z jego wiedzą, z opłaty zwolnione są osoby o ograniczonej sprawności ruchowej, a nie da się ukryć, że rodzic z dzieckiem w wózku do takich osób należy! I wiecie co? Pan powiedział, że być może przewoźnicy mają źle skonstruowane regulaminy i tak dalej, ale prawo unijne to prawo unijne i on się na nim zna i wie co mówi. Napisałam więc oficjalne pismo i zgodnie z obietnicą – zajmą się tą sprawą.
Super, prawda?
Co prawda jako chustomatka nie mam ograniczonej sprawności więc mogę śmigać po pociągu po bilet, ale nie każdy nosi w chuście i jednak warto znać swoje prawa, czyż nie?