Jestem matką latającą, więc raz na jakiś czas porzucam dzieci z ojcem dzieciom i mówię „pa!”. Tym razem jadę do innego miasta, wstaję o świcie, wracam po zmroku. Na czas swej nieobecności zostawiam trochę odciągniętego pokarmu. Teraz to już bardziej pro forma, Panienka jest w stanie najeść się ryżem/soczewicą/kaszą gryczaną/krupnikiem/marchewką z gorszkiem/itd, itp (razem, osobno, co kto lubi i jej da). No ale mleko jest fajne, zwłaszcza przed spaniem. Chociaż mleko nie podłączone do mamy to w zasadzie ersatz, cholera, nie życie…

Do tej pory używałam do mrożenia pokarmu woreczków Lansinoh które dostałam w prezencie. Woreczki z grubej folii, z podwójnym strunowym zapięciem, denkiem (można wygodnie postawić w drzwiach lodówki), miejscem na zapisanie daty, wygodnie się z nich przelewa pokarm itd. Sterylne, fajne, porządne woreczki. Myślałam, o naiwności, że woreczki do pokarmu to woreczki do pokarmu. Nic bardziej mylnego! Poprosiłam o dostawę woreczków („kup jakie będą, najmniejszą paczkę”) i dostałam opakowanie zawierające 30 woreczków firmy, no właśnie nie wiem jakiej, bo na opakowaniu nie znalazłam. Wyszperałam je w necie, firma Farmapak. Wyjęłam jedną i usiadłam z głębokim westchnieniem. Oto kawałek wiotkiego, śmierdzącego plastiku z podziałką, woreczek bez zamknięcia. W opakowaniu obok takie strunki nieduże i naklejki. Nie mogłam nigdzie znaleźć informacji o dopuszczeniu tego sprzętu do czegokolwiek, co to za plastik, no nie wiadomo. Śmierdzą strasznie.

No ale cóż, zaryzykowałam (nie wiem po co), postąpiłam zgodnie z instrukcją producenta: wsadziłam woreczek do butelki laktatora, zakręciłam, odciągnęłam. Na szczęście tknęło mnie, żeby sprawdzić co słychać. Oczywiście kłania się geometria, fizyka i tak dalej – gdybym odciągnęła więcej, to w czasie wyciągania woreczka z butelki wszystko by mi się wylało… W miejscu, gdzie zakręciłam butelkę (zgodnie z zaleceniem) woreczek był rozdarty. Echh. Zwinęłam, zakręciłam, okręciłam strunką i postawiłam obok komputera. Patrzę teraz na to z żalem i zastanawiam się, co zrobić. Chyba nie dam dziecku mleka, które było w tym woreczku. Wychodzę z założenia, że jeśli ja czegoś nie zjem, to dziecku też nie dam.

Wiecie, co jest najlepsze? 30 woreczków z cienkiego, śmierdzącego plastiku kosztuje 23 zł. 25 woreczków z solidnego, nie pachnącego niczym (dopiero teraz to zauważyłam i doceniłam!) plastiku (polietylenu) kosztuje 25 zł. Widzicie tu sens?
A tak naprawdę, to mądra matka po szkodzie – przecież powinnam była kupić wielorazowego użytku pojemniki!